czwartek, 8 grudnia 2016

Na scenie...

Wczoraj Bartek publicznie, przed całą aulą występował na scenie. Grał na gitarze a grupa śpiewała. Jestem taki nieogarnięty, że zapomniałem, że jestem na scenie, mówi. Był, był jako druga gitara.

Pod pewnymi względami nic się Bartek nie zmienił. Kiedy zachciało mu się spać, zasnął, na widowni. Co się będzie przejmował ;)

Po próbnych egzaminach gimnazjalnych. W pierwszym dniu wypadły Mikołajki i Bartek zapomniał kupić prezentu a ja zapytałam przy obiedzie, czy czasem nie szykują czegoś. Nie, no Mikołajki już były, w przerwie egzaminu. No i wyszła sprawa prezentu. Bartek się mocno uelastycznił, bo wymknął się ze szkoły, co jest przecież zabronione, przez płot i w ogóle do galerii tuż obok i kupił coś, nie wiem co.  Na końcu było'XXXpay" a może 'XXXplay". Doładowanie moi mili do gier :) Paragon z kodem zwinął w kostkę i wręczył koledze. Sam dostał bon do Empiku i nie był pewny, czy żart to był czy też nie, gdy kolega zaznaczył, że chciał kupić do Castoramy, ale nie było.

Egzaminy, jak stwierdził, były wyczerpujące. W pierwszy dzień skończył 15 minut przed czasem, "zwykłym", a nie swoim - wydłużonym. Oczywiście z nauk ścisłych wydawały mu się testy zbyt ogólne ;)

niedziela, 27 listopada 2016

Pozytywnie zaskoczona

Co za tydzień! Nastolat mnie zaskoczył i to trzy razy.

W któryś dzień zobaczyłam go nad słówkami z języka niemieckiego. Pisałam parę razy, jaki jest stosunek Bartka do języków obcych. Z trudem zaakceptował regularną naukę angielskiego a uczy się od przedszkola. A wredni rodzice zapisali go do szkoły, w której główny nacisk kładziony jest na język niemiecki, łącznie z projektami i wycieczkami robionymi wspólnie ze szkołą partnerską w Niemczech. Bartek nie lubi niemieckiego, nie uczy się, chociaż ostatnio w czasie rozmowy o deklinacji przyznał, że przynajmniej to logiczne z tymi die, der, das. I oto przyłapałam go na nauce słówek. To do poprawki, jak zaznaczył. I poprawił ocenę na -5. Kiedy mu pogratulowałam, to stwierdził, że to było przecież tylko dwadzieścia słówek. Leń. Zdolny, ale leń ;)

W inny dzień kolo dwudziestej Bartek zebrał się do kąpieli. Sam z siebie. Prawie, że z foteli pospadaliśmy, szok to był prawdziwy.

Dziś rano Bartek zapytał, czy jest jakieś sprzątanie dzisiaj czy coś, bo to dziwne, że nic nie robimy od rana i się zastanawia właśnie, czy o czymś zapomniał, czy też może sobie usiąść do kompa. A niedziela... A... sprzątanie było wczoraj...

;)


piątek, 18 listopada 2016

Weirdo, do brzegu...

Wybaczcie mi angielskie wtręty bez sensu. Chwilowe zanurzenie w języku. Ale nie bez konotacji.

Taki oto komentarz pojawił się po moim wpisie:

"Ech...zazdraszczam. Mój AS nie potrzebuje kontaktów międzyludzkich, co obejmuje także rodzinę. I nie ma absolutnie żadnych uzdolnień które przydałyby się w szkole...a to by tak wiele ułatwiło. Dziwne zachowania+uzdolnienia=geniusz, szalony naukowiec. Dziwne zachowania+brak uzdolnień=dziwak, świr :("

I na początku mnie zatkało a potem przyznałam rację. Tak to właśnie działa.

B. nie ma jakichś ukrytych talentów. Po prostu lubi naukę, zawsze lubił eksperymentować. Nie układał samochodzików w rządki i nie interesował się dinozaurami czy pociągami. Swoje zainteresowania pokładał w wyjaśnianiu zjawisk wokół niego.  Trochę o tym w "Inne, ale nie gorsze". Skutki oboczne oczywiście są, nadpalona podłoga, itp.

Kiedy ostatnio zabrakło prądu i zapaliłam świeczkę, przekonałam się, że nie minęła fascynacja wyjaśnianiem zjawisk. W świeczkę trzeba powbijać wykałaczki, zobaczyć, co się stanie. Wszystko, co nie pomaga w wyjaśnianiu tych zjawisk jest niepotrzebne. Taki język polski na przykład jest zbędny (przecież mówię), język niemiecki (znam dwa języki, w tym html). Angielski - potrzebny tylko jeśli chodzi o gry. I to jest wielkie szczęście, bo to Bartka zainteresowanie nauką pozwala na zatuszowanie pewnego rodzaju "świra", rozkłada się obsesja na mniejsze kawałki.  Przeszedł więc Bartek z fizyki, chemii i matematyki na dalszy etap olimpiady. Jak matka dość realistycznie patrząca na sprawy uważam, że pewność siebie gubi Bartka i strasznie mi z tego powodu przykro ("tylko tego nie wiedziałem, więc tylko to powtórzę"), jednak...

Jednak zmierzałam do tego bycia świrem. To nie tak, że Bartek nie zaświruje. Zaświruje tak, że staję jak wryta i nie wiem, czy pociągnę dalej. Tyle, że o tym nie piszę. Zmieniłam nastawienie, kładę nacisk na plusy.

Ale... dalej zmierzam do brzegu... To, co najtrudniejsze u nas, to absolutne przeświadczenie B. o własnej zajebistości, tak to można ująć. Dla innych (czytaj: tych-co-nie-kumają-fizyki-elektroniki-chemii-itp.) nie ma żadnej tolerancji. Miałam okazję obserwować Aspergerowca z podobnym nastawieniem do życia i ludzi w starciu z innym Aspergerowcem. Czy chciałabym, żeby mój syn szedł tą ścieżką? W życiu! Ten mix cech ZA przypomina potwora. Bezwzględnego potwora, tępiciela ludzkich ułomności. Z tym wychodzimy na prostą. Z tolerancją dla innych. Dla rodziny tolerancji nie ma żadnej.

Cieszę się, że zainteresowania B. ulokowane są w naukach ścisłych, cała "świrowatość" trochę się rozlewa i zawsze można sobie powiedzieć, że oto typ w stylu wielkiego naukowca. Jednak chciałabym, by całego przeświadczenia o własnej zajebistości nie było. Bycie świrem jeszcze ujdzie, ale bycie "ponad" - nie chcę, by B. szedł tą drogą.

Nie ma lekko. Takie refleksje przy winie.

Homo sum, kieliszek wina i Mela Keteluk w tle, bez sensu

Dziś kieliszek wina, Mela Koteluk w tle i refleksje wywołane drobnym incydentem z zakupem pizzy.

Bartek  nie kupił pizzy, ponieważ miał to zrobić Kuba. Kuba miał to zrobić pod pewnym warunkiem, który jednak nie nastąpił. Wtedy właśnie pizzę miał kupić Bartek. Nie kupił. W ten sposób chciał pokazać bratu, że nie będzie naprawiał po nim, że wtedy się nauczy, itp. Żadnego ludzkiego podejścia, argumentacja zgodna z terapią behawioralną w jej ekstremalnym wymiarze. Tudzież Bursą.

Zdarzało nam się dowozić dzieciom do szkoły zapomniane z domu śniadanie, więc mówię, że przecież to ważne móc liczyć na kogoś. Bartek jest zdania, że wtedy nikt się niczego nie nauczy. I tak, i nie, rozdarta jestem. Z jednej strony sama wyznaję takie podejście, z drugiej - jednak w jej lightowym wymiarze. Cholera, jak ten niuans wytłumaczyć? Czasem tak, czasem nie? Że czasami coś po chłopakach na miejsce odniosę? Ludzie! Dajcie żyć. Nie jestem potworem, ale stworzyłam potwora. A może ZA takie jest?  Jest, nie inaczej. Czarne lub białe.

Nie dowozić śniadaniówek do szkoły czy dowozić? Nie dowozić, gdzie człowieczeństwo i jak nauczyć pomocy? Dowozić? To się nauczy, że zawsze ktoś będzie myślał za niego. Trudy wychowywania Aspergerowca są nie do opisania.

Cóż po doktoratach z fizyki, kiedy człowieczeństwa nie ma? Jak go nauczyć? Jednocześnie nie stworzyć z Aspergerowca ofiary, której wszyscy wejdą na głowę lub nogę podłożą.






niedziela, 13 listopada 2016

Breaking bad

Ja tu się cykam obejrzeć z chłopcami "Zanim odejdą wody", żeby im nie pokazywać plusów  niezłej bomby z palenia trawy a tu mój syn ogląda sobie "Breaking Bad" :) No cóż, dzieciaki dorastają, mają swoje sprawy, tematy do rozmów z koleżankami i kolegami, własne życie a nawet własne konto i kartę do bankomatu.

Rozpoczynają się etapy szkolne olimpiad. Pozapisywał się Bartek na matematykę, chemię i fizykę. Wyznaje pogląd, że lepiej wiedzieć niż żeby ktoś myślał, że wiemy, ale i tak lubi się mierzyć, z samym sobą najwyraźniej. Nie ma w nim rywalizacji z innymi, cieszy się, że wreszcie nie idzie na olimpiadę sam i że zapisała się na olimpiadę z chemii koleżanka N. Że kolega F. jest lepszy w czymś...Fajne to :) A już najfaniej mu z tym, że nie do końca musi się zapisywać sam, bo po prostu pytają go, czy chciałby i dopisują na listę, więc kłopotu mniej. A Bartek nie lubi komplikować sobie życia.

Ostatnio wybraliśmy się na zakupy. Trzeba było kupić zimowe buty a i czapkę też by się przydało.  I... śpi w niej. Najpierw nie przyuważyliśmy a potem... Chyba Gwiazdor przyniesie mu szlafmycę.

Dziś Bartek wyskoczył z pokoju, bo rozszczelniła się żarówka. Na hasło "rtęć" zbladłam. Sytuacja opanowana a ja zastanawia się kto tu kim się zajmuje?

W piątek nie było kina. Zwykle już od poniedziałku Bartek krąży wokół tematu "kina", proponuje filmy. A tu kina nie było. Nie było też dramatu. Kiedy już mogliśmy wszyscy spokojnie usiąść, lecz za późno było na puszczanie filmu, Bartek po prostu się przysiadł do nas, otulony jak zawsze w kołdrę, i dooglądał, jesli tak można powiedzieć, "Ogniem i mieczem". Bycie z nami w piątek jest dla niego niezwykle ważne.

Jak te dzieci szybko rosną!




wtorek, 1 listopada 2016

Nie przywyknę. I tyle.

Nigdy nie przywyknę do tego, że B. po prostu przyjmuje do wiadomości świat wokół. Świat się zmienia i dzieją się okropne, przerażające, druzgocące rzeczy. B. nigdy nie powie "straszne to, co nie?". Kiedyś, dawno temu, śmierć babci wracała czasem wieczorami, tak jak wracały pytania "Gdzie przepadł Luks?". Teraz jest to taki etap przyjęcia rzeczywistości taką, jaką jest. Zupełnie tak, jakby z czterech etapów żałoby, przeskoczyć na ostatni od razu. Tak to wygląda z boku, ja tak to widzę.

Dziś przy obiedzie brat zapytał B. w kontekście  F. "straszne to, co się stało, nie?". Na co B. odpowiedział "no". Tak jak mówi "acha". Przyjmuje do wiadomości. Nie analizuje, nie zagaja, nie wzrusza się. A może, mam nadzieję, tęskni inaczej? Być może wszystkie emocje kotłują się a młodzieniec kryje je gdzieś pod maską?

Byłoby mi lepiej na duszy ze świadomością, że gdzieś te emocje są, nawet jeśli przeżywanie czyjejś śmierci, to ból. Byłoby mi łatwiej wiedzieć, że dla B. nie jest tylko "no", ale jest refleksja o przemijaniu.
Może jest mi dzisiaj tak ciężko, bo wszystkie "acha" i "no" są wykorzystywane jako odpowiedzi na błahe pytania? A może to przytaknięcie zgody i nie trzeba rozwijać tematu, skoro ktoś, poprzednik w rozmowie, podsumował wszystko jednym słowem "straszne". Co tu dodać? Nic.

Być może kilka lat temu dzięki temu podejściu uratował swoje życie? Nie wpadł w panikę.

Kiedyś, kiedy spadłam ze schodów i żaden  z potworów nie zareagował, mimo huku spadającego tyłka klap, klap, klap, bum, ryknęłam płaczem. Z żalu, że nikogo nie obchodzę. Że dupy nie ruszą.
Teraz wystarczy, że coś spadnie, a B. przybiega. Boję się, że to wgrane jest. Opanowane, wyuczone a nie z serca. B. zapytuje czasem, kiedy jestem chora, czy lepiej się czuję albo dlaczego nie leżę w łóżku. Czy dalej mnie boli itp. Ale mam wrażenie, że ciekawość faktów a nie troska o mnie jako taką. Jak bym się chciała mylić! Naprawdę mam słabszy dzień, tydzień, miesiąc.

W pewnym sensie, dzisiaj szczególnie, chciałabym mieć pewność, że B. przeżywa stratę drugiego człowieka. Nie okazuje jedynie.








czwartek, 27 października 2016

Milionerzy. Ktoś? Coś?


W pewnym sensie jesteśmy milionerami. Mam wprawdzie ponad milion na minusie, ale zawsze to milion.
Być może jest wśród czytelników ktoś, kto wytaczał powództwo przeciwegzekucyjne?
Story jest takie: przyjęty spadek, trochę z niewiedzy, ze strachu, że spadnie na dzieci. Z niewiedzy, bo przecież to oczywiste, że w imieniu dzieci można spadek odrzucić. Ale stało się, spadek został przyjęty. Po ustaleniu kręgu spadkobierców (3) wyszło, ze mąż odziedziczył nieruchomość, zadłużoną oczywiście, i do tego długi względem Urzędu Skarbowego  i ze spółki "węglowej". Milion.Chociaż dziedziczenie jest z dobrodziejstwem inwentarza a nieruchomość wyceniono na 185 tysięcy.

W prawie polskim jest tak, że ograniczenia sąd nie musi wpisywać w papierku o dziedziczeniu, bo nie reguluje tego żaden przepis. Nie można wnieść zażalenia na brak tego ograniczenia. Ups.


Owszem jest rozporządzenie, w którym jak wół stoi, że sąd powinien taki zapis poczynić, zwłaszcza, gdy spadkobiercą jest małoletni, lecz uwaga, Sądy najwyższe wszelkie skargi i zażalenia podnoszące zarzut, że sąd nie uwzględnił tego ograniczenia, kwitują tym, że rozporządzenie jest aktem porządkującym sprawy sądu, wręcz wewnętrznie organizującym pracę.

Paradoks nr 2 jest taki, że jeśli toczy się za plecami jakaś gówniana sprawa, to nikt cię nie musi zapraszać na posiedzenie, na którym wierzyciel wnosi o nadanie klauzuli wykonalności. Nie masz gdzie powiedzieć: hola, hola, ja mam ograniczenie egzekucji.

Więc jest tak, że jak wierzyciel pociśnie w klauzuli, to sąd nie sprawdza ograniczenia, ty nie masz gdzie powiedzieć STOP i tym sposobem otrzymujesz klauzulę wykonalności bez ograniczenia, na całość długu i nie jest istotne to, że dziedziczyłeś do wysokości aktywów a dług jest wyższy.

Mamy więc milion dwieście długu, właściwie mąą ma, bo jest to jego dług osobisty. Ma mąż też nieruchomość, która została wyceniona i będzie licytowana.  Sprawa się ciągnie już wiele, wiele lat i dała nam ostro do wiwatu. Zryła beret. Potykaliśmy się wielokrotnie a teraz przygotowujemy się do wytoczenia powództwa przeciwegzekucyjnego.

Być może ktoś ma jakieś doświadczenia w tym temacie? Mamy prawniczkę i ja sama obryłam się w przepisach, orzeczeniach, ale zasada jest taka: patrzeć na ręce każdemu. Prawnikowi przede wszystkim, więc sprawdzam wszystko.

Przygnębiają mnie od czasu do czasu różne porywy z Urzędu Skarbowego. Na przykład muszę się wykłócać pisemkami o zwrot ulgi podatkowej, której z uwagi na charakter osobisty długu zabrać mi nie mogą. Ale to nie znaczy, że nie próbują. I na przykład mówią: chyba nie sądzi Pani, że nasz prawnik się myli?
Właśnie, że sądzę i dlatego mam już szablon wypełniony cytatami orzeczeń i paragrafami z ordynacji. Sprawa milknie a ja dostaję odpowiedź na moje siedem stron: zwrot został przekazany doręczenia.

Jestem sobie na czarnej liście US i jeśli już zwrócą mi ulgę, to zrobią to ostatniego dnia. Ostatnio wpadli na genialny wprost pomysł windykowania nas z samochodu, bo kupował go mąż. No i ma majątek. Nasz biedny opel za tysiaka z włożonym rozrządem za sześć stówek miałby spłacić pewnie tygodniowe odsetki. I znów śpiewka: zakupiony podczas małżeństwa, bla, bla, bla, dług osobisty, bla, bla, bla, możecie windykować tylko z... bla, bla, bla.

Nie chodzi mi o pomoc, raczej o to, czy znane Wam takie przypadki? Może ktoś uczestniczył w podobnej sprawie i podsunąłby orzeczenia, decyzje?










sobota, 8 października 2016

Nieco surrealistycznie

Najlepsza "dobra rada" dla mnie jako rodzica?
Witka.
To takie biblijne przeca.
Psycholog i teoria witki sporo dały mi do myślenia. Przede wszystkim zrozumiałam, że powinnam podważać autorytety. Nie mogę ani na chwilę stracić czujności, zdać się na papierki innych. Jedyne co mogę zrobić to iść własną ścieżką i być wierna jedynie sobie. Nie ma autorytetu, któremu mogłabym zaufać w stu procentach. Wybieram od innych to co "po mojemu" i odrzucam nonsensy, które w głowie mi się nie mieszczą. Jak stosowanie witki. Bardzo żałuję, że nie podzieliłam się z nikim tematem "witki". Gorliwy  chrześcijanin to może znaczyć literalne trzymanie się słowa. Niestety po "witce" skoczyło mi ciśnienie a kiedy skacze mi ciśnienie, połowy nie dosłyszę. Nawet, gdy są to cytaty popierające kwestię bicia witką pochodzące wprost z Biblii. Nie drążyłam, gdzie o witce w Biblii stało, nie chce mi się zgłębiać.
Poszliśmy swoją drogą. Zabraliśmy Bartka z terapii, co było najtrudniejszą decyzją w całym naszym zmaganiu z ZA. Oczywiście jesteśmy pod opieką Dalej Razem. Ale niejako postawiliśmy na nasz sposób włączania Bartka do grupy, do świata. I może nasze życie wygląda na nieustającą przygodę, luz-blues i imprezy, to Bartek, wierzcie lub nie, doskonale odnajduje się wśród ludzi. Proces powolny. Teraz jest ten czas, w którym słyszymy, że mamy ogarnięte, poukładane dzieci. To nie jest ten etap, że Bartek zatańczy z matką na weselu (postoi pod ścianą, obserwując można się uczyć), ale to jest ten czas, że sam zadecyduje o olimpiadach, pozapisuje się, ogarnie poprawianie ocen, zrobi zakupy, ogarnie chałupę i będzie oczekiwał, jak dziś, na gości. Czasami jego decyzje są odjechane ("nie zapisałem się na wycieczkę, bo dwa razy w miesiącu jechać do Niemiec, to przesada") . Czasami się zapomni przywitać lub pożegnać, drobnostki, didaskalia. Norma.
Bez witki.
Tak, rada "witki" to była świetna rada. Przypomniały mi, że autorytety trzeba podważać. Może ja też mam ZA?


Oczami innego nastolata

Nie miałam dotąd, z małymi wyjątkami, podglądu jak Bartek radzi sobie w gimnazjum. Społecznie. Bo librus i wywiadówki to jedno, ale przecież to nie najważniejsze.
Teraz w tym samym gimnazjum jest Kuba. Młodzieniec otwarty, towarzyski, hej do przodu. Fura, skóra i komóra. Zdradzi, co na przerwie. Doniósł o ksywie Bartka w szkole. Historia absolutnie-nie-na-bloga. Mogę o coś podpytać. Mogę wywnioskować. Wnoszę, z opowieści szkolnych brata nastolata z Zespołem Aspergera, że ZA jest widoczne. I że to ZA jest całkowicie zaakceptowane.
Ulga.




niedziela, 18 września 2016

Po prostu poszli

Pojechaliśmy do Tropical Islands. Pod wielką kopułą, kopułą dosłownie, mieści się wypoczynkowy kompleks a la tropikalne wyspy właśnie. Łącznie 66 tysięcy m2. Wrażenie robi i chlorem nie śmierdzi. Prawdziwe palmy, mniej prawdziwe skały, podświetlana laguna, rwąca rzeka czy zjeżdżalnia, na której rozpędzasz się do 70 km/h. Aparat mam słaby w telefonie i nie udało mi się zrobić żadnego sensownego zdjęcia, a już w szczególności nie moim chłopakom.
Do czego zmierzam... Pamiętam jeszcze czasy, kiedy Bartek na każdej imprezie przedszkolnej czy szkolnej chował się za kanapą i zatykał uszy. Chyba, że wpadł na jakiś pomysł lub jakiś wyrywek świata wciągnął go tak, że w jakiś sposób wyłączał się z całości chaosu, by uczestniczyć w jakimś przedsięwzięciu z mniejszą ilością ludzi wokół, choć ciągle z takim samym hałasem w tle.

Dotarliśmy na miejsce i rozłożyliśmy piknikowe kosze na zewnątrz kopuły w części Amazonia. Zanim się obejrzałam chłopaków nie było. Na szczęście obaj umieją pływać a w najgłębszym miejscu woda ma 1,35m. Jeszcze koło godziny 23 Bartek nie zamierzał wyjść z wody - zielona woda, prawdziwa laguna, nie, on nie wychodzi. Idealnie, mamo!  Kiedy przed północą wyjeżdżaliśmy Bartkowi wyłączyły się baterie. Prąd został odcięty.
Bartek się nie zgubił, nie chował się, nie przeszkadzał mu tłum, nie spanikował i po niemiecku odpowiedział, ile ma lat.
Bartek zachowywał się jak zwyczajny nastolatek. Nic, absolutnie nie, nie mogłoby nikogo zdziwić czy zaskoczyć.


czwartek, 18 sierpnia 2016

Ile Ty masz bagaży!

Bartek nie lubi się nudzić. I nie nudzi się. Nie to, że gdyby mu się nudziło, posprzątałby w domu sam z siebie, nic tych rzeczy, ale wypełniłby czas jakimś interesującym ćwiczeniem. Na przykład rzucaniem kartą albo strzelaniem gumkami recepturkami (koło żadnej nie przejdzie obojętnie). Oczywiście gdyby akurat jego uwaga nie byłaby skierowana na jakiś projekt. Potrafi z nudów przyłączyć się do znienawidzonego zajęcia, bo nudy nie lubi bardziej. To musicie wiedzieć o Bartku.

Bartek z natury jest leniwy. Trochę się to kłóci z tym, że nie lubi nudy. Ale przecież może nic nie robić i akurat się nie nudzić, prawda? Przecież może sobie rozmyślać lub leniwie strzelać z tych gumek. Leżąc na kanapie. Nie lubi się chłopak męczyć i potrafi z góry ocenić, czy zajęcie może go zmęczyć, czy nie. Na przykład na propozycję przycięcia końskich kopyt (chyba próby?) odrzekł, że nie lubi się męczyć przy przycinaniu końskich kopyt.

Jakby się ich naprzycinał, że ho ho.

Bartek jest minimalistą. Do granic możliwości upraszcza swoje życie. Właściwie nie potrzebuje gadżetów ze sklepów, bo uważa, że zrobi sobie sam. Wiatrak, klimatyzator...Czasami jednak wypatrzy coś, co uważa za bardzo przydatne i czego brak doskwiera mu straszliwie. Dwa razy w życiu sam z siebie wydał kasę. Na czarne diody do projektu i kabelki.

Pobyt w IKEI , a właściwie bieg przez IKEĘ zaowocował zakupem dwóch drobnych umilaczy:


Bartek je wypatrzył i wrzucił do torby. Przecież się nie będzie męczył, jak dotąd, z zakładaniem butów. I poprzedni przyrząd do jajek nie miał podstawki i przez to mu krojenie nie wychodziło.
Bartek nie prosi o nic, więc kiedy poprosi o coś, wiadomo, że jest to coś naprawdę dla niego ważnego.
Zatem kupiliśmy łyżkę do butów i krajaczkę do jajek.

Bartek szybko się przyzwyczaja do nowych okoliczności. Z wyjątkiem tych cyklicznych czynności, które odrywają go od zajęć "wyższych". Mimo, że takie czynności jak mycie zębów i sobotnie sprzątanie nie powinny go zaskakiwać, zawsze możemy napotkać na "jeny". Ale... ale mimo tego uznaję, że przyzwyczaja się dość szybko.

 Kiedy przyjechaliśmy odebrać go z obozu w KJ CHRAPKA akurat odbywały się końcowe zawody (Bartek- najlepszy wynik, ponoć w siodle urodzony). Bartek szykował się do startu, ale zdążyłam jeszcze podsłuchać "od dziewięciu dni pada, zdążyłem się przyzwyczaić". Bartek był na obozie pierwszy raz sam. Bez naszego jakiekolwiek nadzoru. Dostarczyliśmy i odebraliśmy chłopaka. Żadnych telefonów, że coś jest nie tak. Mało tego, Bartek absolutnie nie chciał wracać do domu. Był gotowy prać skarpetki, byle zostać, ale nie było to możliwe. Opowiadał o koniach całą drogę, o tym jak trzeba uważać, żeby koń się czegoś nie wystraszył, żeby nie ugryzł innego konia, że nogi się koniom plączą i w ogóle to jak można się tak potykać? Bartek uwielbia zwierzęta i rozumie je bardziej niż ludzi. Taką potrzebę przytulenia rozpoznaje u naszej Leny bez trudu. Tak jak i to, że chce być wyczesana czy chce puszkę. Ale...

Kiedy dziewczynka zobaczyła Bartka gotowego do drogi, objuczonego bagażami, zagadnęła "Bartek, ile Ty masz bagaży!".

Na co Bartek odpowiedział: wszystkie.
Zawsze to coś innego niż tylko przyjęcie do wiadomości przy użyciu: acha.







sobota, 30 lipca 2016

Tydzień pracy, ŚDM i stoliczku nakryj się

Trudny tydzień za nami. Za mną - jako rodzica. Mąż wyjechał na Światowe Dni Młodzieży i wróci dopiero we wtorek. Ja- pracownik korporacji- pracować przecież muszę a gwarantowane 11 dni roboczych urlopu zaczynam dopiero 3 sierpnia. To trudny czas organizacyjnie. Chłopcy pozostawieni sami sobie w czasie, gdy ja w pracy.
Myślę o tym, że chyba nie każde dziecko z ZA można tak zostawić.
Był i u nas czas, że Bartkowe eksperymenty mogły spowodować wybuch bloku czy pożar. Ale Bartek dorośleje  i widzi już więcej niż swój eksperyment. Gdyby Bartkowi zabrać na stałe komputer, to możecie wierzyć, prędzej czy później doczekalibyście się newsów już z TV. Bo kiedy Bartek się nudzi... Ciężko nam wypośrodkować to wszystko: nie ograniczać zainteresować, naturalnego pędu do wiedzy a utknięcia w nierealnym świecie Pozwolić na śmielsze projekty i mieć na uwadze, że mimo zachowania przez niego wszystkich zasad bezpieczeńtwa, mogą  wymknąć się spod kontroli i będzie tragedia.

Było też tak, że zostawiliśmy chłopców i Bartek kopnął w szybę, ze złości, odreagował. Mógł odreagować na Kubie, worka treningowego nie przytwierdziliśmy i emocje poszły... Pozszywany przeżył, ale było o włos od tragedii. Jego zdrowy rozsądek uratował jego życie. Wystarczyło 10 minut.

To było jakiś czas temu... A teraz zostawiam chłopców do 17 i mam nadzieję, że będą spali jak najdłużej, by jak najmniej czasu byli na nogach. Chore to, bo zwykle budzimy śpiochów, ale w tych okolicznościach naprawdę wolę...

Co robią?

Wakacyjne, coroczne "czytanie do bólu" daje mi nadzieję na "spanie do bólu". Kuba jest rannym ptaszkiem a Bartek nie, więc bywa różnie z wstawaniem. Aktualnie chłopcy czytają Olimpijskich herosów. I jest dokładnie tak, że mogą przestać w każdej chwili, tylko doczytają do końca...;)

Chłopcy mają swoje zadania. Standardowo kuweta, śmieci, zmywarka. Do tego bliżej nieokreślone przez matkę "ogarnięcie okiem gospodarza". Dla podpowiedzi, bo weź tu podpowiedź nastolatkom, chłopakom, jak mają ogarniać? Zatem wytyczne są takie, bo spojrzeli i zadecydowali, co do czego nie pasuje, bo tak nie było po sobotnim sprzątaniu. I jakoś ogarniają coś tak niejasnego i niesprecyzowanego.

Ostatnio, gdy wyjechał Mąż, chłopcy odbyli przyspieszony kurs wstawania i robienia sobie śniadań do szkoły bez udziału rodzica. Teraz Bartek nauczył się składać ubrania przed pójściem spać. Nie,  nie jestem mistrzynią organizacji i porządku, ale oglądanie zmiętej kuli ubrań, to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej :) Oprócz nudy Bartek nie lubi mojego gderania. Więc się nauczył, bo codzienne gderanie i wstawanie, by poprawić ubrania, które na drugi dzień wyglądałyby jak psu z d..., wykończyło go. Bartek jest leniowy, więc najlepiej gderanie działa, gdy już leży w łóżku, już jest błogo i przyjemnie, a matka tę zmiętą kulę zauważa...i trzeba wstać...

Ja wiem, że możecie mi zaraz zarzucić, jak wredną i nieodpowiedzialną matką jestem. Tresuję po prostu.
A ja uważam po prostu, że chowam innym kobietom mężów. I że sama zapierdzielam... I że rączki nikomu do tyłka nie przyrosły. I że jak się ma coś stać, to może się stać akurat w tej chwili, kiedy odwrócę głowę. A i jeszcze jestem zdania, że najlepszym sposobem na poprawienie relacji między chłopakami jest wyznaczenie im zadań, w których muszą współdziałać. Jak ta zmywarka chociażby, że kto pierwszy, ten wybiera piętro do opróżnienia...

Tak są u nas zasady, których przestrzegamy, zawsze tak było. Nie ma teraz punktów, ale pewne rzeczy są niezmienne. Niezmienne są też przywileje, jak te piątkowe kino do bólu. Tyle, że teraz oglądamy Marsjanina zamiast Simsala Grimm...

Chłopcy mają pod opieką kota babci. Muszą pojechać, nakarmić, kuwetę posprzątać. Jeżdzą na rowerze, szlifują stół, zbierają pranie z balkonu, gdy leje...Gdy trzeba zrobią sobie jajecznicę i podgrzeją obiad.
I są szczęśliwi bez tego oddechu matki na plecach.

Namawiają mnie teraz na Fabrykę pasji, bo mają tam lepszą szlifierkę niż ta, co w domu.

Kiedy zepsuł mi się włącznik światła i mimo włączenia światła, nic się nie działo, Bartek je naprawił. Rozmawialiśmy wcześniej, że ma wyłączyć prąd (ja mówiłam, on patrzył jakbym z choinki się urwała, że o oczywistościach mówię). Kiedy wróciłam z pracy już było naprawione. Wiem pierdoła, ale dzielę się, żebyście wiedzieli jak to teraz wygląda. Jak zmienia się rozkład sił w naszym domu. Jak z tego chłopca rośnie facet, który potrafi w chacie coś zrobić.

Na wakacje wyruszamy z środę. W okolicę Nidzicy, gdzieś na Mazurach :)




niedziela, 24 lipca 2016

Magia wakacyjna

Magicznie u nas się robi :)

Chłopcy zrobili klimatytator po pudle ze styropianu. Samo pudło przyszło do nas wypełnione słodkościami, bo Mąż zapisał się do Rekomenduj.to. Potem chłopcy obejrzeli jakiś filmik na YT albo discovery. Pudełko przeleżało rok , wiatraczek wyciągnięty ze starej podkładki pod laptopa albo z PC, nie wiem, i oto jest - klimatyzator. Ładowany wkładami trzymanymi w zamrażarce.

Teraz chłopcy robią stół. Właściwie stół jest, ale trzeba go wyszlifować itp. Stary stół z jakiejś wiśni najpewniej, z szybą na środku. Stół ze śmietnika, co tu kryć, idealny pod projekt. Bo chodzi o to, żeby to był stół imprezowy z lustrem nieskończoności, czy jakoś tak. To chłopców prezent dla mnie :) I robią. Pomysłodawcą był Kuba i tematu nie odpuszczał od roku. Bartek się przyłączył, bo niczego Bartek tak nie lubi jak nudy. I niczego bardziej nie lubi niż taka robota. Będą przecież i jakieś światełka i w ogóle i w szczególe... Szlifują szlifierką, papierkiem niedostępne miejsca. I naprawdę nie ma nic lepszego dla walczących-wiecznie-braci niż dać im robotę :) A rodzice, pracujący przecież, nie mogą sobie pozwolić, by dzieci zbijały bąki. Nawet rozpakowywaniem zmywarki się dzielą, kto górę a kto dół opróżnia. Postawieni w takiej sytuacji muszą się dogadywać - wyjścia nie ma.

Kuba zachęcił Bartka do książki a Bartek, który wieczorami czyta, przegonił już Kubę i teraz obaj śmigają na czytnikach - czytają Olimpijskich herosów. Bo, jak mówi B., jest tam logiczne uniwersum i jest żwawa akcja. Bartek wkurzył się ostatnio na Tolkienia. Bo minutę akcji opisywał przez wiele stron :)
Magia jest i nie jest lub się musi pojawić, bo matka wzięła się za przyszywanie lamówki, co od kapy odpadła. Sama nie odpadła, Bartek przejechał po kapie krzesłem od komputera. No i poszło...
Chciał zszyć, bo Bartek lubi takie prace naprawcze, ale ja zaooponowałam. W sumie nie wiem dlaczego, bo mógłby zrobić to znacznie lepiej niż, jak się okazało, ja.
Starałam się trzymac linii i jakoś szło. Ale kiedy zobaczyłam efekt, jakoś nie byłam zachwycona.

- Bartek, nie wyszło tak jak chciałam, nie za dobrze mi poszło.

- Mówiłem, że ja to zrobię.

- Ech, jak będę miała natchnienie to zaniosę do profesjonalisty.

- Najgorzej będzie naprawić, to co zepsułaś! Wiesz, zamienić brzydkie w ładne, to prawie jak magia.

Więc magia musi się zadziać :)


Kuba doniósł mi, że Bartek spotkał kolegę. Kolega mówi: przejeżadzaliśmy koło Twojego domu. I co Bartek na to?

- Acha.

Bo B. tak przyjmuje zdania oznajmujące. Nie widzi w tym wstępu do dalszej rozmowy, haczyka do pociągnięcia. Nic.

Smutne to.






poniedziałek, 13 czerwca 2016

Świadek mimo woli, szóstka wagi 3

Bartek dał nam do obejrzenia film, który robił z klasą. W pewnym sensie był to film i jednocześnie film o kręceniu filmu :) Przesuń się tu, teraz skaczesz tu, teraz robimy tak a tak. Słychać Bartka zza kamery, który mając zapewne jakąś wizję dodania później efektów specjalnych, reżyserował z wielkim zaangażowaniem. Nie wiem, kto wymyślił scenariusz do filmu, ale efekty specjalne...

Rany, nie spodziewałam się. Nie mogę filmu wrzucić tutaj, bo nie było na nim tylko Bartka - nie był aktorem :) Pierwszy raz w życiu miałam okazję podsłuchać Bartka - Bartka gimnazjalistę. Bartka w grupie, rozmawiającego z koleżankami i kolegami z klasy. Czy jest nieaspergerowo? Nie, nie całkiem. ZA jest w tych relacjach obecne :) Jakoś jednak widzę zintegrowaną klasę, współdziałającą i najwidoczniej Bartek ma w niej swoje konkretne miejsce, jest lubiany i szanowany :)

Nie wiedziałam dlaczego Bartek kilka razy poprawia dziewczynę puszczającą bańki mydlane: za wysoko, za nisko, musi trafić bańką w płot :) I dlaczego nagle dziewczyna po płocie włazi a potem spada. I dosłownie absolutnie osłupiałam, gdy klikali demonstracyjnie w zegarki! A muza... Kto dobierał muzę???

No to powiem tak... W zegarek trzeba było kliknąć, żeby się otoczyć bańką i w tej bańce podróżować :) I w jednej scenie aktor ucieka, w drugiej klika w zegarek a w trzeciej jest całkiem malutki i podróżuje w bańce - sunie w tej bańce :) No i scena, gdy statek rozbija się o płot... ojej :)

Miecze świetlne to pikuś. Ten zegarek i podóż w bańce to cudo :)
Jak te dzieciaki potrafią współdziałać :)
I ten Bartek zza kamery żartujący, w pewnym sensie wydający polecenia, co i jak, by potem mógł coś z tego zmontować. I co? Szóstka wagi 3 proszę Państwa :)

sobota, 11 czerwca 2016

Projekty, projekty, projekty

Strasznie lubię tę szkołę Bartka. Uwielbiam! Za wiarę w młodzież chyba najbardziej. Bartek dorośleje. Ma projekty z kumplami. Jeździ do kolegi i w warsztacie siedzi. Na EDB grupa Bartka miała zaprezentować model udrażniania dróg oddechowych. Ruchomy. Chłopaki piłowali, wycinali, szlifowali. I dostali 5. Można było pewnie prościej- wyrzynarką. A nauczyciel, który w kilku szkołach uczy, stwierdził, że w tym roku tylko dwie grupy zdobyły 5. A ta druga grupa to licealiści. Najbardziej bałam się o design ;) Ale oto jest :)  Piękny, nieprawdaż?
To taka kwintesencja tego, czego Bartek się nauczył: współpracy, samodzielności, odpowiedzialności, planowania.



To, co Tygryski lubią najbardziej :)

I oczywiście B. robi również LASER. Nie wiem, jaki i nie wiem jak. Pewnie się dowiem niebawem. Jak się przypomnę z pięć razy i dziesięć powiem, żeby mi zdjęcie pokazał.
Ale to jeszcze nic :)
Bo...
Bo w szkole wylosował ze swoją grupą projekt filmu western science fiction. Znamy "Kowboje i obcy" i nie jest to to, co moglibyśmy kiedykolwiek obejrzeć jeszcze raz. Ale cóż, zadań się nie wybiera i B. mimo niechęci do zadania zajął się renderowaniem (cokolwiek to znaczy). Widzę, że coś tam się dzieje i na nagraniu pojawiają się miecze świetlne :) Zadanie podzielone na grupy, konieczność zorganizowania kamery, podział zadań. Nie ma lepszej terapii na ten moment, w którym teraz jest Bartek.

A dziś kupiliśmy lampę do pokoju chłopaków. Zepsutą ;) Czy jest coś piękniejszego niż to, że lampę mógł reperować Bartek?




wtorek, 31 maja 2016

ACT, NATy i FB

Dziś weszłam na FB. Zajrzałam do Doroty....

Potem zauważyłam łańcuszek na FB, na zasadzie kopiuj-wklej, zostawiona forma żeńska nawet u panów :)
Życie to nie tylko zdjęcia! Wchodzę do gry. To mały test, żeby zobaczyć, kto czyta wiadomości, gdy nie ma żadnych zdjęć. Jeśli czytasz tę wiadomość, robisz komentarz za pomocą jednego słowa o tym, jak się poznaliśmy. Jedno słowo... Plisss. Po drugie, kopia tej wiadomości na Twojej ścianie, żebym mogła również zostawić wiadomość, ok? No to jedziemy.

Niedawno były kropki w komentarzach. Że się przeczytało czy coś.  Przestałam ogarniać. Może bawić. Może głowę mam wypchaną złotymi myślami? Może stałam się aspołeczna? Odwykłam? Rok temu zatruwałam ludziom życie promując AVIVĘ? Byłam na forach, grupach...

Nie wiem, co się stało. Coś się zmieniło. Zachłyśnięcie FB minęło, mniej mam potrzeby dzielenia się. Kiedy? Jak?

Zaczynam zauważać bezsens. Bezsens sprawdzania, kto czyta moje posty. Bezsens pisania, że się nie chce. Bezsens pisania "buuu, pogłaszczcie" w oczekiwaniu na pytania "co się stało".  Nie ma we mnie potrzeby mówienia, co jak, gdzie mi się stało - w palec, główkę czy nogę - a z pewnością tak było rok czy dwa lata temu. Coś się we mnie zmieniło. Nie wiem, co? Sama sobie wydaję się silniejsza, stojąca na własnych nogach. Wkurw też porzuciłam a raczej sam mnie opuścił.

Fb traktuję jak narzędzie: piosenkę wrzucę na ścianie, ku pamięci. Czekam na wpisy z kilku blogów. Czytam czasem MEMy, tak... Na przykład taki, że można snić lub wstać i spełniać marzenia. Coś się zmieniło, bo i w sobotę potrafię wstać o 8, zamiast śnić, że te marzenia się w końcu spełnią. Spełniam je, krok po kroczku. Opornie idzie, ale idzie. Myśli kotłują się w głowie, ale pozwalam im płynąć. Niech płyną, ja robię swoje: gotuję pełnoziarnisty makaron, idę na zumbę, na angielski, podlewam kwiaty i wycieram kurze, gram w gry.  Robię swoje, piję kawę. 


 Taki wpis o niczym. Taka pogoda może. Jakaś taka myśl ulotna. Nadająca się bardziej na www.wartosciowo.blogspot.com














piątek, 27 maja 2016

Carly, podmiot liryczny, zmarnowane 5 lat studiów

Dzisiaj obejrzałam z Bartkiem wywiad Carly z aktorem Channingiem Tatum. Przedtem obejrzeliśmy historię Carly. Ponownie. Bartek uznał, że Carly bardzo się zmieniła i ma ogromne poczucie humoru. 
 Bartek również bardzo się zmienił.

Ostatnio przyszedł do mnie z prośbą o pomoc. W kwestii podmiotu lirycznego. Jakie pytania się stawia. Nie bardzo wiedziałam, o co chodzi, bo albo nie pamiętam, że jest jakaś lista pytań, albo listy nie ma a Bartek wszystko chce doprecyzować, albo jakieś pytania są.  Może trzeba wszystko ubrać w szablon. Z analizy wiersza dostał jedynkę i właściwie byłam na to przygotowana. Nie teraz konkretnie, ale ogólnie - że tego typu zadania będą dla niego trudne.

Jaki jest stan ducha podmiotu lirycznego? No i jak tu wytłumaczyć? Pytam się Bartka, jaki jest mój stan ducha i on mi mówi. Pytam, po czym poznał. i odpowiada. W pewnym sensie rozwikłanie stanu ducha podmiotu lirycznego jest jak śledztwo. Na pewno są jakieś objawy. Czytamy wiersze razem, ale Bartek mówi, że wiersze nie sa takie ważne, bo nie ma jakichś bestsellerów. nikt o nich głośno nie mówi! Nie ma filmów! Oj, oj, tomiki poezji u mamy na półce nie przykuły uwagi. Zresztą jak dzielić się ze światem przeżywaniem poezji???

I czytam dziecku Szymborską - Kot w pustym mieszkaniu. Idealny przykład. Nie za intymnie a jednak sugestywnie. Bartek wychowany z Leną jest w stanie wyobrazić sobie Lenę i powiedzieć o czym wiersz mówi, chociaż ze słów to nie wynika. Dobry przykład.

Jak nauczyć takich niuansów? Odcieni szarości?

Bartek poprosić o zakup kompendiów. Do języka polskiego, biologii i języka niemieckiego. Z zaznaczeniem, że do języka niemieckiego najpewniej nie zajrzy.
Dużą ma świadomość Bartek swoich mocnych i słabych stron.

Aaa... ZA jest, jest. Jak to nie wiesz, jakie pytania stawia się podmiotowi lirycznemu? Zmarnowałaś pięć lat???





piątek, 13 maja 2016

Nie wiesz? Na południe!

Bartek spóźnił się na autobus powrotny. Oczywiście, że podjade po syna, ale kompletnie nie wiem, która to wioska, poniekąd wiem, że to gdzieś za WOSiRem, ale dokładnie nie wiem. Wypytuję Bartka, przez telefon. Ja -kierowca. On- harcerz.

- Jak to nie wiesz? No na południe. Jedziesz na południe.

GPS padł, komóra wysiadła, pobłądziłam, ale wiem już jak trafić. A do projektu z EDB doszedł jakiś inny, więc sądzę, że będę od czasu do czasu na Południe wyjeźdżać ;)

Próbowaliśmy wszelkimi sposobami nauczyć Bartka ulic, takich podstawowych u nas. On je kojarzy, oczywiście, jeździ przecież autobusami. Ale dla niego sa drugorzędne. Kiedy umawiamy się na Żeromskiego, pod księgarnią, on pyta czy ma iśc na północ czy na południe. I nie jest to raz, dwa czy trzy. Pyta tak zawsze.

p.s.

Oglądaliście film "Jeszcze dalej niż na Północ"?

Jeśli nie, to polecam :)


poniedziałek, 9 maja 2016

Autobus nr 30B i inicjatywa 1114 w Aviva. To dla mnie ważne.

Sobota i niedziela zwykle wyglądają u nas podobnie, przyjacielskie spotkania, odrobina sprzątania, Osadnicy z Catanu, U mnie memrise.com lub ororo.tv lub coś podobnego, gdy chłopcy zajmują się swoimi sprawami. Zwykle też nastolaty chcą spać "do bólu". Kto nastolata w domu ma, ten wie.

 I oto w sobotę chłopcy dostali różne części do komputera, w poprzednim spaliła się płyta główna i właściwie stała tylko obudowa. I oto w niedzielę chłopcy zerwali się o godzinie 8, bez krzyków żadnych, sami z siebie, bo czas składać komputer. Części porozstawiane w całym salonie. Poskładali. Nie zadziałał. Bartek musiał zatem pogadać przez telefon z wujkiem, by ustalić przyczynę. Jakiś kabelek, coś teges, ogólnie wszystko poskładane do kupy przez chłopaków :) Pytam się o resztę rzeczy, bo części dalej w salonie porozstawiane. Aaaa, to.. Z tego można złożyć drugi komputer.

I Bartek uznał, że to poskłada, bo chce to podłączyć do telewizora, bo wtedy coś tam, coś tam i będziemy wszyscy zadowoleni.

- Wiesz mamo, będziesz sobie mogła pograć! Są przecież tak pasjonujące gry jak pasjans!

Dzisiaj B. kombinował co i jak, żeby działało. Mąż tłumaczy swojemu bratu:

- Podział jest u nas jasny. Młoda (ja) jest od systemu, ja od śrubek, Bartek i Kuba robią resztę :)

Wszystko się zatem poukładało :)

Dziś B. obdarzył mnie komplementem przy okazji rozmów o sprawach, o których nic nie wiem (ale staram się zachować otwarty umysł, trzeźwe spojrzenie, itp. -> zanim dostanę książkę o fizyce do dokształcenia się). Otóż według Bartka wskazuję różne możliwości i to jest ważne :) Wtedy wpada na jakiś pomysł lub idzie tropem moich myśli :)

Dawno takiej pracowitej niedzieli nie miał  Bartek. Rano składał komputer, a potem umówił się z kolegą na projekt z  EDB - model dotyczący udrażniania dróg oddechowych. Ze sklejki, ruchomy i w ogóle. Ogłosił, że ma autobus do kolegi, autobusy ogarnia, więc nie wnikaliśmy. Pojechał, wrócił, trzy godziny wycinał, szlifował i wszystko to, co lubi :)

Pytam się, gdzie u tego kolegi był (bo ja jestem trochę jak ta najgorsza matka Ameryki, co dzieci metrem puściła czy coś) a on był w Barcikowicach. Ostatni przystanek autobusu 30B a nie 30! Bo przecież jest rozwidlenie! I już z autobusu widział B. gnającego F., bo się umówili na przystanku :)

 Chłopacki muszą jeszcze projekt dokończyć a ja jeżdżę na zumbę do ośrodka wioskę wcześniej. Sugeruję delikatnie, żeby się umówił na środę lub piątek, to go albo podwiozę albo odbiorę.

- Ale po co? Nie trzeba. Tam jedzie autobus i na dodatek nie ma żadnych przesiadki.

Pamiętacie jak ze zbiórki wracał na piechotę kilosów dobrych kilka, w ulewie? Bo autobus przegapił i właściwie wrócił stopem tylko dlatego, że go jakiś rodzic poznał.  Zdaje się, że Bartek lubi liczyć tylko na siebie.

Bartek sobie poradzi w życiu. To pewne. To ja będę na stare lata wzywać go na pomoc, bo pralka, zlew, prąd i zakupy :) Tak, nie było łatwo. Krew, pot i łzy.

- Czasem myślę, że Ty nie masz Aspergera - mówię do syna, tak mnie natchnęło jakoś

- ???

- A jakaś taka myśl mnie natchnęła...

- Czy to źle, że się nie wyróżniam? Bycie przeciętnym nie jest chyba złe?

Jesteśmy przeciętni i jakoś żyjemy, więc nie najgorzej :)

Kiedy Bartek pojechał robić projekt w tym czasie jego babcia witała w progu syna, synową i wnuka. Taka niespodzianka, przylot z UK udało się nam ukryć i oto babcia stanęła w progu jak wryta i zobaczyła wnuka pierwszy raz na żywo.

- Szkoda, że nie mogłem zobaczyć babci miny!

Czy kiedyś byłoby to możliwe?

Ana zakończenie przydługiej notki taka prośba. W tym roku nie wspieram w To dla mnie ważne  żadnej lokalnej inicjatywy. W zeszłym roku przegrałam kilkoma głosami jako bloger. W tym roku wspieram inicjatywę 1114 Fundacji Tandem. Zachęcam do głosowania, codziennie.

LINK DO GŁOSOWANIA

A tutaj fragment projektu.


Celem „namacalnym” naszego projektu - docelowo - jest stworzenie przyjaznego miejsca we Wrocławiu, które będzie takim centrum spotkań całych rodzin wysoko funkcjonujących dzieci ze spektrum autyzmu.
Wiemy że potrzeba takiego miejsca jest ogromna - zarówno dzieci, jak i rodzice potrzebują przyjaznego środowiska, które umożliwi swobodny rozwój pasji i zainteresowań dzieci, a rodzicom da możliwość spotkań i konsultacji ze specjalistami - ale skupiającymi się na problemach rodziców  - stresie wykluczeniu społecznym i zawodowym zmianie sposobu myślenia – że autyzm to nie wyrok.
Drugim, równorzędnym, celem ma być praca nad zmianą społecznego postrzegania dzieci (a w konsekwencji i dorosłych) autystów jako kosmitów, ludzi upośledzonych, nie mogących się odnaleźć w życiu społecznym.
Naszym zdaniem bardzo duży wpływ na to mają funkcjonujące ciągle w społeczeństwie stereotypy, podsycane (niestety) przez kolejne kampanie społeczne.
Jeśli będzie w nas wszystkich akceptacja dla nikomu nic nie szkodzącej „dziwności”, jeśli uda nam się pomóc kilku, kilkudziesięciu, czy kilkuset rodzinom - dzieciom i rodzicom dzieci wysoko funkcjonujących ze spektrum autyzmu - będzie to dla nas największy sukces.


















wtorek, 3 maja 2016

Tak, było źle

Rodzice dzieci z ZA opowiadają o swoich dzieciach. O tych złych chwilach i z niedowierzaniem, mam wrażenie, przyjmują wiadomość, że u nas też nie było kolorowo. To, co na blogu, to tylko jakiś tam fragment. Przefiltrowany, po czasie, kiedy matkę stać już na dystans. Ale nie...
Było źle, okropnie, do dupy.
I teraz jesteśmy tu. Mamy  młodzieńca z ZA, radzącego sobie w szkole, w życiu, buntowniczego nastolata, dumni z niego jesteśmy jak cholera. I nie stał się taki z dnia na dzień. Walczyliśmy o to różnymi sposobami, błądziliśmy. Więc jeśli udało się nam, jaki miałby być logiczny argument za tym, że nie uda się innym? Może nie całkiem normalnie żyć, ale żyć dobrze, wartościowo.Też byliśmy w czarnej d... Oj byliśmy.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Nie chowam pierdoły

Jeszcze nie tak dawno czytałam o pokoleniu X. Teraz dotarł do mnie artykuł "Dzieci pierdoły"


Artykuł przeczytałam z Bartkiem, bo bardzo zainteresował się kwestią naukowców, co uznali, że zapalenie żarówki przy pomocy baterii i drucika jest niemożliwe. I usiadł koło mnie, by dowiedzieć się, co mnie tak poruszyło. Ale że jak? Dyplom krojczego do przyszycia guzika?To ludzie tak mogą myśleć, funkcjonować, żyć? To obóz harcerski stawia teraz jakaś firma?

W głowie tego naszego dziecka takie absurdy się nie mieszczą. On wie, że jak się zepsuje pralka czy zmywarka, to się najpierw samemu sprawdza, co jest nie tak. Że kabelek można przylutować.Że obóz harcerski stawia się od zera.

W odpowiedzi na artykuł Bartek polecił mi KSIĄŻKĘ.


Dawno nie czułam się tak zaskoczona jak właśnie tym, że syn polecił mi książkę. TĘ KSIĄŻKĘ .

Czy właśnie przez to, że Bartek jest tak blisko realnego świata, nie zrobię mu krzywdy? Czy się wśród życiowych pierdół nie zagubi?

- Nie chwalimy Was za cudne wyniki, tylko za trud raczej? - podpytuję - badam jak to Bartek wszystko widzi.

- Tak. I jeszcze mówisz, że mamy się uczyć, bo ktoś musi potem zarobić na Wasze emerytury.

No ba!

Na lodówce wisi straszak z ZUSu z moją hipotetyczną emeryturą.W sumie nie wiem, dlaczego go tam powiesiłam.






środa, 13 kwietnia 2016

To, co Tygryski lubią najbardziej

Wiadomo, że Bartek lubi majsterkowanie. Kiedy dzisiaj został sam w domu, lutował 3 godziny. Bo w planach ma zrobienie noktowizora. Po szkole, sam z siebie, poszedł do sklepu, może nawet zaliczył kilka, w poszukiwaniu diod. Jakieś takie czarne te diody, ale takie właśnie były potrzebne. Taka nasza ulica Jedności ma to, co tygryski lubią najbardziej: sklepy z elektroniką. A Bartek jasno określił, że chce zajmować się elektroniką. Fizyka, chemia - tak, ale to tak przy okazji, bo ciekawe przecież. Ale nie chce się tym zajmować. W domu zbiera różne takie części i ciężko mi, kiedy w euforii zapytuje mnie o coś z kabelkami związanego a ja nic a nic nie rozumiem. Nawet pytania ;) Na szczęście ( a może i nie, bo się nie rozwijam) nie przynosi mi do doczytania książek, jak to bywało z Fizyką Hewitta :)

Dziś chłopcy dopadli mnie od progu. Jeden o gimnazjum, kto, gdzie idzie, bo to temat numer 1. B. o diodach i pudełku na baterie. Oczywiście nie chodziło o kartonik, tylko cały ten bebech z pilota.
Jak się okazuje różne części się przydają. Różniste. na przykład pod biurkiem B. jest sterta kartonów. Po butach, po pizzy. Zawsze się przecież da z tego zrobić jakąś ekologiczną mikrofalówkę lub opakowanie do noktowizora. Na biurku ruszyć niczego nie można. Najpewniej z tego, co znaleźć można w pokoju, można byłoby zrobić bombę. Nie żartuję. Szczęście takie, że mąż jest pirotechnikiem :) Chemię chowam w najgłębsze zakamarki a i tak znajdzie, gdy potrzebuje, ten nasz Bartuch.

Chłop z niego fajny i rozmowny. Po latach odizolowania wreszcie szczęśliwy w szkole, uspołeczniony. Samodzielny jak diabli, bo nikt go nigdy w niczym nie wyręczał. W szkole musi robić różne projekty, musi pracować grupowo. Model udrażniania dróg oddechowych ze sklejki wymaga rozplanowania, współdziałania. Trzeba zdobyć materiały, ustalić miejsce robót. Może Fabryka Pasji, w której chlopcy naprawiali wiatrówkę a może warsztat u kolegi :)Trzeba dogadywać się przez telefon.

A matka drania jeszcze zostawi u fryzjera i da dwie dychy do łapy. No przecież nie będę trzymała za rączkę. Trochę na siłę ciśniemy go z językami. Może wyląduje na jakiejś wymianie i będzie studiował na Cambridge? Kto wie, kto wie. W zeszłym tygodniu na ściance zrobił przepięcie i dostał 6. Wiemy, że będzie głosował znów na wspinaczkę.

Ogólnie jesteśmy po rodzinnym dramacie. Zapisaliśmy Kubę do tego samego gimnazjum. Właśnie tak wydamy nasze 500 zł na drugie dziecko. Kuba bardzo chciał, ale mu się odwidziało. Teraz Bartek wprowadza Kubę w gimnazjum: jakie są moduły sportowe i różne takie. Bartek dwa dni marudził: jak mogliście mi to zrobić. Dramat był, ale już za nami.

A teraz... Teraz wrócił Mąż i musi jeszcze usłyszeć to, co ja: noktowizor, lutowanie, diody... :)

Fajnie, nie?

sobota, 5 marca 2016

Coś się kończy

Z końcem marca zamknę stronę na facebooku.
Myślę, że należy się Wam parę słów wyjaśnienia :)

Od jakiegoś czasu skupiłam się na poprawianiu jakości swojego życia. Nie jakości typu nowy telewizor, ale ogólnie dążeniu ku temu, by moje życie było takim, jakim chcę, by było. Żebym zamiast siedzieć na kanapie zrobiła kurs japońskiego, na ten przykład oczywiście :) Zaczęło się od minimalizmu i upraszczania pod względem materialnym a skończyło się na terapii poznawczo-behawioralnej i układaniu w głowie. Tak w wielkim skrócie :) Uciekłam z różnych forów, bo uznałam, że nie jest to moja droga. Chociaż na początku wydawało mi się, że jest.  Zresztą wiele spraw wydawało mi się dla mnie ważnych wcześniej. A tak naprawdę odciągały mnie od tych najważniejszych.  Strona na facebooku stała się jednym chodzącym wyrzutem sumienia, ponieważ poświęcając czas innym sprawom, zaczęłam ją zaniedbywać. Musiałam się przyjrzeć swoim priorytetom jeszcze raz.
 
Nigdy nie wrzucałam stronę każdej informacji o ZA, ale tylko te, które  uznałam za ważne. A czasem, jakby to napisać, dystansujące od ZA. Bo do ZA mam dystans. I ogólnie podejście jak w cytacie przewodnim na blogu. Zatem wybierałam to, co dla mnie ważne. Ignorując różne inne wiadomości, od których czasem huczały wszystkie inne strony.

Uznałam, że jest wiele innych stron, które prowadzone są z większą starannością. I że one pomagają. Ja niekoniecznie pomagam komuś, ja się raczej dzielę swoim spojrzeniem.  A gdy będę chciała się podzielić czymś dla mnie istotnym - podzielę się na blogu.

Przyznam się szczerze, że nie spodziewałam się zakładając stronę, że tyle osób ją polubi. W pewnym sensie dało mi to kopa. Bo jeśli mogłam prowadzić stronę na FB, znaczy mogę więcej, tak? Wystarczy chcieć. Co byłoby, gdyby zainwestowała więcej czasu? Prasa, wywiady, telewizja ;) Strona dala mi siłę. I była dla mnie lekcją pokory. Pierwszy wpis na mojej stronie został przez mnie usunięty. Gość zjechał mnie z góry do dołu - jak można dzielić się tym, co napisało dziecko o przyjaźni. Teraz myślę, że nie wiedział nic o ZA. Bo gdyby wiedział, wiedziałby również jakie to było cholernie ważne, co nie? Ale wtedy byłam bliska tego, by się poddać. Nie poddałam się :)


Dziękuję każdemu z osobna za czas poświęcony na FB. Jeszcze chwilę strona pohula. Będzie losowanie konkursowe i pewnie kilka wpisów. Czas na zaproszenie mnie prywatnie do grona znajomych ;)

Dziękuję każdemu z osobna za śledzenie strony. Naprawdę dziękuję. Mam nadzieję, że to był również dla Was dobry czas :)


Póki co nie znikam przecież z sieci, tylko zamykam stronę :)




środa, 2 marca 2016

B. o tresurze i opowieści o czołganiu.

B. wychował się ze zwierzętami. Uczestniczył w wychowywaniu zwierzaków. Wie, jak poklepać psa tu i ówdzie, żeby mu się chciało przynieść aporcik. Mąż pracuje z pieskami, ale jak to zwykle bywa - szewc bez butów chodzi. Bywało, że nad utrwalaniem pewnych zachowań naszych psiaków najbardziej zależało Bartkowi i to on poświęcał zwierzakom najwięcej czasu. Koty nigdy nie były łapane i noszone. A najbardziej frustrował się Bartek, gdy widział jak inne dzieci podchodzą do zwierząt jak do maskotek.

Psy nie mieszkają już z nami. W mieszkaniu jest miejsce dla kotki. Koty nie są zwierzakami do układania. To one układają ludzi ;)

Zatem można powiedzieć, że Bartek wie, czym pachnie behawioryzm.

Wiecie też, że dawniej chłopcy zdobywali punkty i potem je wydawali na TV. Były zasady i słoiczki z punktami. Teraz odeszliśmy od tego, ale  chłopcy swoje obowiązki mają. Zresztą, mieliby się lenić, gdy rodzice pracują na pełne etaty w systemach zmianowych? Nastolatki? No way.

Zasady też są proste, gdy wpadnie 1 z kartkówki lub ze sprawdzianu. Nie za bardzo Bartkowi od września taka wpadła, więc kiedy dostał z języka niemieckiego jedynkę a my, wredni, wymagający rodzice, wyskoczyliśmy z zakazem na media, był zaskoczony, że ta  zasada jeszcze go obowiązuje.

Wolny czas dedykował Bartek na tworzenie palnika. Z puszek po coli, z denaturatem. W pewnym momencie cała wanna płonęła. Płonęła - płonęła a nie jakieś tam płomyczki. Zwątpiłam wtedy, co gorsze. Czy te eksperymenty i brak mediów czy media i bez eksperymentów. "Patrz mi w oczy" i historia z pożarem, to jakby o nas też. Mąż jest pirotechnikiem, więc jest szansa, że to ogarniemy.

Ale do rzeczy. Znaczy Bartek podstawy behawioryzmu zna i jedynkę z niemieckiego dostał. I rodzice zastosowali pewne tricki. A Bartek nie zauważył, że go czołgamy, jak to zwykłam nazywać.

Aż objawiło się Bartkowi przy okazji kina, gdy już wreszcie z niemieckiego poprawił ocenę na 5. Znaczy można. MOŻNA. I film o dinozaurach był z wątkiem tresury w tle. Przy okazji kina dużo rozmawiamy. Trudno nie gadać. I tak przy okazji wyszło...

- No przecież wszystkie zwierzęta można wytresować - mówi B. - nawet koty. Z tą różnicą, że koty tresują się same. jak miauczą o puszkę i ja dostają, to następnym razem będą miauczały głośniej, gdy tej puszki nie dostaną od razu.

Bartek się zorientował w kwestii wygaszania zachowań nieporządanych i wzmacniania porządanych. Pewnie wiedział już wcześniej, ale tak to się mu nagle objawiło w całej okazałości. Jedynka, zabrane media...

Tia...Bartek tresował psy, koty tresują się same a rodzice tresują Bartka.
















czwartek, 28 stycznia 2016

Oglądamy sobie film

Bartek jest teraz taki trochę mądraliński. Wyrobił się i ma swoje zdanie na najróżniejsze tematy. Okres buntu i Zespół Aspergera, walka o ideały i negowanie starych. Czyli wszystko w normie, ale wygadany młodzieniec z Zespołem Aspergera, to naprawdę wyzwanie :)

Oglądamy "Marsjanina". Gorąco polecam. Świetny film o tym, jak się nie poddawać, kiedy właściwie nadziei nie ma. Chłopcy przyzwyczajeni, że ja na filmach płaczę obserwują mnie bacznie.

- Ale jak się nie wzruszałaś na "Bitwie pięciu armii", kiedy tam ginęły tysiące?

Więc ja na to wyskakuję z wątkiem Pana Cogito...

Pan Cogito czyta gazetę

Na pierwszej stronie
meldunek o zabiciu 120 żołnierzy

wojna trwała długo
można się przyzwyczaić

tuż obok doniesienie
o sensacyjnej zbrodni
z portretem mordercy

oko Pana Cogito
przesuwa się obojętnie
po żołnierskiej hekatombie
aby zagłębić się z lubością
w opis codziennej makabry 


Nie przytaczam wiersza, ale mniej więcej mówię, że ta scena walk armii w ogóle mnie nie wzrusza, padają jak muchy, nie ma na co patrzeć. Tak ogólnie...W tym klimacie coś...


- No to ja nie wiem, o co taka afera z WTC? Skoro śmierć wielu ludzi mniej wzrusza niż śmierć jednej osoby!

- Przecież tam byli prawdziwi ludzie!

-  A jakby ten był prawdziwy, to byś bardziej płakała nad nim niż nad całym WTC?

Zmieniamy temat. Poruszamy kwestię tego, że rodzina bohatera nawet nie dostanie odszkodowania, bo firmy  przecież lotu na Marsa mogłyby nie ubezpieczyć. Tak sobie gdybamy a Bartek nam opowiada o tym, jak to firmy ubezpieczają określając średnice gradu.

Podziwiamy sobie, skąd on to wie. Domniemywamy, że ze szkoły. Podejście do szkoły ma jednoznaczne. 

- Przecież, że nie ze szkoły. W szkole niczego przydatnego nie uczą. A w mojej uczą tylko języków!

- No i super - podsumowujemy zgodnie, żeby wnerwić Bartka, który uważa, że język w szkole też jest bez sensu i do niczego się nie przydaje - będziesz mówił w róznych językach, będziesz się dogadywał na całym świecie...

- Ta, jasne, żebym był bezrobotnym w dowolnym kraju na świecie, bo wszystko, czego się przydatnego uczę, to na pewno nie w szkole!

Kurdę, a kto się zapisał na kółko z chemii na ferie i wstaje punkt 8, żeby nie zaspać? 

:)






poniedziałek, 18 stycznia 2016

Wnioski jednorazowe

Nie powinno mnie zadziwiać a jednak zadziwia i po trosze złości, że Bartek wyciąga wnioski dotyczące jednej sytuacji i tego wniosku jakby nie rozciąga na inne sprawy. Nie zawsze się tak dzieje, ale kiedy się dzieje, to jestem zła. Może dlatego, że bardzo mi zależy, by poukładał swoje życie w przyszłości i był szczęśliwy. A czasem trzeba pomóc szczęściu i trochę bądź co bądź się wysilić. Mówi, że fizyka jest dla niego taka ważna a jednak ma do niej stosunek dość olewczy.

Kiedy w zeszłym roku potknął się na zadaniu z fizyki, uznał, że nie wiedział tylko tego. Doczytał tylko to. Luz, spoko. Kiedy ne rozwiązał zadania z fizyki w tym roku na etapie szkolnym- znów doczytał tylko to. Zupełnie tak, jakby tego tylko mu brakowało do kompletnej wiedzy ;) Kiedy przeszedł do etapu rejonowego, nie uczył się. No w końcu nie wiedział tylko tego, co już doczytał ;) Mimo moich próśb, żeby chociaż przejrzał testy, bo przecież może coś go jeszcze zastanowi, nie zrobił tego, bo przecież nie wiedział tylko tego jednego, co już wie. Kiedy wrócił z etapu rejonowego zastanawiał sie nad jednym zadaniem przez tydzień. I kompletnie był zaskoczony, że było zadanie, w którym spotkał się z sytuacja, że szuka jakiejś niewiadomej mając dwie inne wiadome. Nie spodziewał się, że czasami trzeba podstawiać do wzoru i podstawiać aż w końcu uzyska się tę wiadomą. Bo takiego zadania wcześniej nie było.

Może mam nieodpowiednie podejście do tego, powinnam się cieszyć, że się interesuje i naprawdę dużo wie, ale martwi mnie, że wyciąga wnioski "na raz". Opanował jedno zadanie, którego wcześniej nie umiał rozwiązać, więc nie dopuszcza myśli, że czegoś nie wie. Zatem za rok będę musiała odnieść się do tego, przypominając, że dwa lata temu i rok temu... A naprawdę nie chcę gderać. Być może, kiedy przedłożę przed nim ów wzór, że przegląda tylko to, na czym się potknął i nie dopuszcza myśli, że potknie się na czymś innym, przekona się, by jednak zajrzeć do innych testów.

Pytał się Bartek o ferie. Nigdzie nie wyjeżdżamy. Bartek zapisał się na warsztaty z chemii :)
Obowiązkowo w domu godzina czytelnicza.Niestety częściej nam teraz dzieci uciekają do telefonów i mediów, więc sposobem je, sposobem trzeba ;)

wtorek, 12 stycznia 2016

Alergie, astmy i nauka empatii

Tak bardzo zależało mi na uczestniczeniu w zajęciach z angielskiego i zumbie, że przechodziłam przeziębienie, infekcje gardła i zatok. I niestety, jak to zwykle w przypadku astmatyków bywa, astma dała znać ze zdwojoną siłą. Świsty, furczenia okołopłucne, kaszel do wymiotów, kto ma kaszlową astmę ten wie. Bez antybiotyków się nie dało i oto siedzę w domu z nadzieją, że dzisiaj może już prześpię noc. I że nastąpi chociaż mała poprawa i nie dostanę skierowania do szpitala, jak to kiedyś bywało.  Zawaliłam jedno z postanowień na ten rok - dbać o siebie tak, by nie chorować. No i poszło... Tak karnie przyjmowałam wszystkie alergiczno-astmatyczne leki, tak pięknie udało mi się w końcu zrobić RTG stopy, tak ćwiczyłam i w miarę zdrowo się odżywiałam i oto mam: przedobrzyłam.
W tym samym czasie zaostrzenie alergii ma Kuba, który aż do testów nie może przyjmować leków przeciwhistaminowych a że alergię ma na alternaria i roztocza, to to nie jest naprawdę dobry czas na odstawienie leków. Dla niego w ogóle żaden czas nie jest dobry na odstawienie leków, więc nie dało się inaczej, skoro trzeba było sprawdzić aktualny stan. Ten blog miał kiedyś podtytuł Starszy- Zespół Aspergera, Młodszy - alergia i małopłytkowość. O alergii mogę mówić godzinami, jak o Zespole Aspergera. Wiem, że właściwie niewielu jest szczęściarzy bez alergii, wiem, ale i tak alergia Kuby spędza mi sen z powiek, bo po pierwsze czuję się winna atopii a po drugie Kuby skłonność do chorób układu immunologicznego naprawdę mnie przeraża.
Zaplanowałam sobie na ten czas w domu parę odcinków serialu po angielsku, intensywną pracę z memrise.com, dalszą pracę z książką "Uważność. Trening redukcji stresu metodą mindulness", którą to książkę przekazało mi GWP. Niestety astma nie pozwala mi na zumbę czy jakieś inne ćwiczenia w domu :(

A że to blog o Zespole Aspergera... Kiedy już wypluwałam płuca w sobotę i kiedy na jakieś pytanie odpowiedziałam, że "nie, bo jestem przeziębiona" (bo tak myślałam jeszcze w sobotę), Bartek dosłownie stanął jak wryty, zrobił wielkie oczy i rozbrajająco zapytał: jak to, jesteś przeziębiona?
Uwierzcie, mogłabym skonać i by nie zauważył.
Spróbuję zatem ten czas w domu wykorzystać perfidnie na uczeniu syna empatii! Drobne takie: zrób mi herbatkę, przynieś leki, podaj chusteczki...Ot, co!

czwartek, 31 grudnia 2015

Happy!

Za chwilkę wybywamy na imprezę. Bartek doczytuje Quo Vadis, ja właśnie skończyłam czytać ostatnią stronę powieści, której przeczytanie zaplanowałam w tym roku. To naprawdę świetne uczucie, kiedy można skreślić coś ze swojej listy postanowień :) To pierwszy Sylwester, gdy rozliczam się sama ze sobą- całkiem rzetelnie pracowałam nad postanowieniami, celami i nawykami :) 

Był to dla mnie naprawdę trudny rok, wyczerpujący, podszyty niepewnością o naszą przyszłość. Cieszę się, że minął i że rozwiązałam kilka trudnych spraw i spokojniejsza jestem o nasze losy w Polsce. W pewnym sensie czuję się jak bohater powracający z wojny, dosłownie.


Życzę Wam szampańskiej zabawy w doborowym towarzystwie, nawet jeśli będzie to biała sala :) Jeśli robicie postanowienia, życzę Wam wytrwałości w pracy nad nimi. Jeśli postanowień nie robicie, życzę Wam pozytywnych doświadczeń związanych z nieplanowaniem :) Zawszę życzę cierpliwości :) Życzę kreatywności, poczucia humoru i sprytu (ale uczciwego, żadnej kreatywnej księgowości ;)), bo to naprawdę pozwala wiele znieść i z wielu sytuacji wyjść z opresji. By ten kolejny rok był lepszy od poprzedniego i by wszystkie nieszczęścia omijały Nas szerokim łukiem :)



środa, 23 grudnia 2015

Życzenia świąteczne

Kochani,

Świąt rodzinnych, zdrowych, bez niesnasków i zgrzytów Wam życzymy. Od siebie jak zawszę dodaję nutkę cierpliwości :) A Bartek życzy świetnych i dobranych prezentów :)

P.S. Choinkę mamy ubraną minimalistycznie, tak zadecydował Kubuś.



poniedziałek, 14 grudnia 2015

BIOS i inne opowieści

Niedawno zakończył się facebookowy konkurs.  Książka "Terapia schematów. Przewodnik praktyka" trafiła do prowadzącej stronę Kocham Aspie Martyny Grasmann. Jeszcze raz gratuluję :)

Książkę na konkurs facebookowy mogłam przekazać dzięki uprzejmości Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego. Z przyjemnością czytam i recenzuję przesłane do mnie książki, oczywiście te z obszarów, które mnie interesują, nie tylko z Zespołem Aspergera związanych.  Zachęcam do zajrzenia TU :)

Szykuję nowy konkurs, tym razem do rozlosowania będą książki z mojej biblioteczki, książki, które spełniły już swoje zadanie w moim domu i mogą ruszyć w świat, by pomagać innym. Na przykład takie, które polecił mi psycholog B. i które już "przepracowaliśmy". Z uwagi na bardzo skromne zasoby czasowe i dwa komputery w stanie aby-aby, konkurs ogłoszę już w nowym roku.

Z domowych wieści tyle, że oto dziś po 6 reinstalacjach udało mi się reaktywować laptopa. W tym czasie Bartek tak podrasowywał komputer stacjonarny, że ten prawie padł na amen. Komputery postawione, ale ich dni są policzone. Staruszki dwa ledwo hulają i właściwie można powiedzieć, że łączność ze światem mamy najlepszą dzięki telefonom.  Może to i lepiej. Taki odwyk :)


W czasie walki z komputerami,  ZA dało mi się w kość bardzo mocno. Wiecie, ja tu walczę z systemem, dyskami, bootowaniem, sterownikami a B. się wymądrza.   Fakt, nie używam fachowych nazw, ale wiem co i jak, nie umiem opowiedzieć, ale wiem, gdzie się wchodzi, żeby coś zmienić. Mogę pokazać, opowiedzieć nie umiem. B. poprawia mnie na każdym kroku, fachowe słownictwo to podstawa w takich sytuacjach a ja cóż...Żeby zainstalowac sterowniki do przestarzałego sprzętu musiałam zmieniać ustawienia w Windows XP, żeby te sterowniki traktowały wyższą wersję Windowsa jako niższą, jakieś tam service packi oszukiwałam  a ten zamiast mnie tu wesprzeć, że znam takie tricki, to jęczy jak mogę nie rozumieć, że coś i coś ( nie przytoczę, bo nie mam pamięci do tego, czego nie rozumiem ;)).
Ale jak trzeba aktywować Windows XP, to help, bo coś komputer chce a nie wiadomo, co z tym zrobić! Dzwonić trzeba!
Kiedy B. zaczął mnie instruować jak wgrać Windowsa, to nie wytrzymałam. Reinstalowałam system pierwszy raz, gdy pieluchę nosił! Wygarnęłam. I dodałam obierając ziemniaki, że chyba przypadkiem 30 razy na nóż wpadnie. Tak, wiem,  podły żart, ale żarty z młodzieżą z ZA trzeba ćwiczyć. To wrednie przećwiczyłam, bo kawał Bartkowi znany i w trzy sekundy pojął i przestał się wymądrzać. I wybył z kuchni. A ja wiem, że jest naprawdę dobrze, nie wziął tego na poważnie, jak to kiedyś bywało.

Mogę narzekać, ale jakie twórcze są te nasze spiny :) B. coś podpowie o Biosie, ja podpowiem coś innego i tak wespół zespół do przodu :)


czwartek, 26 listopada 2015

Taki mały plan

 Na blogu - zmiana. Z boku - baner i link do Dalej Razem EDU. Mocno zachęcam do korzystania z oferty  Edu Dalej Razem, bo w ten sposób wspieracie osoby z autyzmem. Zobaczcie, co proponują :) Jak wiecie Bartek przez długi czas był pod opieką Dalej Razem i mocno związani jesteśmy z tym miejscem.

Bartek zapisał się na olimpiadę z matematyki i fizyki. Nie zapisał się na chemię, bo uznał, że nie jest gotowy. Z olimpiady z fizyki wrócił przybity, ponieważ nie mógł sobie poradzić z zadaniem otwartym i to za całe mnóstwo punktów. Jednak Bartek nie należy do osób, które taka wpada mogłaby pokonać. Stwierdził, że byłby to prawdziwy niefart, gdyby materiał do tego zadania był przerabiany w szkole na fizyce, na której go akurat nie było ;) Uznał, że na chemię zapisze się w przyszłym roku, pokusi się również o olimpiadę z angielskiego. Dziś mówi też o historii.
I tu powiem szczerze trochę nas zaskoczył.
Zresztą zaskoczył nas też podejściem do tego wszystkiego- sobie zaplanował, idzie w określonym kierunku, zna swoje możliwości.
Dziś dostał opierdziel od matki. TAK - opierdziel. Bo jednak przeszedł do drugiego etapu i chociaż wiedział o tym od rana, nie wysłał matce głupiego SMS-a.

- Przecież mówię Tobie teraz. Tak narzekasz a ja nie wiem, o co Ci chodzi. Przecież żyłaś kiedyś bez telefonu komórkowego, były listy!

Tak. Mógłby mnie poinformować listownie ;)

Na facebooku zachęcam Was do wzięcia udziału w konkursie. Do wygrania książka. Powiem tak... Ta książka to mocna rzecz. Sięgnęłam po nią, bo terapia schematów wywodzi się z terapii poznawczo-behawioralnej, która do mnie przemawia i której techniki stosuję. I teraz, po przeczytaniu "Terapii schematów. Podręcznik praktyka" wiem, że powinnam poznać ten nurt dużo, dużo wcześniej.  Ale ostrzegam - to mocna rzecz.






wtorek, 3 listopada 2015

Slow life. I będzie konkursowo

W tym całym pędzie zwalniam. Taki paradoks. Pracuję nad sobą a praca ta polega na tym, by nie rozmieniać się na drobne. Nie tracić czasu na media społecznościowe  i seriale. Żyć. To konsekwencja drogi, na jaką wstąpiłam - upraszczania. Wyrzucam i oddaję zbędne rzeczy. Praktycznie nie wypowiadam się na forach i nie odpowiadam na komentarze (wyjątkiem jest strona oczywiście). Chyba, że już naprawdę czuję, że się uduszę :) Upraszczam, co mogę a jednocześnie żyję pełniej skupiając się nad tym, co dla mnie jest istotne, co jest zgodne z moimi wartościami. Najważniejsze są dzieci - ponad wszystko. Ale gdzieś mi umknęły inne rzeczy... Zatraciły się na rzecz mediów, seriali, które tłukłam, gdy tylko dzieci poszły spać albo zajęły się swoimi sprawami.  Tak błogo wyciągnąć się na kanapie z lapkiem na kolanach.

Niby miło i wygodnie położyć nogi na kanapie, ale z perspektywy: nic tylko płakać, że się niczego nie zrobiło, nie ruszyło z miejsca. Koniec. Zrezygnowałam z tego. Określiłam długoterminowe cele w zakresie rozwoju osobistego. Chcę wiedzieć więcej, umieć więcej, mieć z tego FLOW. Rok temu spisałam listę książek, które chciałabym przeczytać. Przeczytałam 3/4. Mam poczucie wypełniania zdania. Od 10 prawie miesięcy odżywiam się zdrowo - znalazłam dobry powód, bo "zdrowotny" do mnie przemawiał i schudłam przy okazji jakies 15 kilo. Jeśli seriale - to po angielsku. Jeśli przesiadywanie przed komputerem, to na memrise, tekstowo.pl  i stronie na FB. Bez biegania po wszystkich forach...Chciałam tańczyć kiedyś, ale nie miałam odwagi ... Jest zumba, maratony i warsztaty dance. Tak, ta na maratonie na starówce, to też ja ;)
Dziś usłyszałam od Bartka, że w końcu poszłam nauczyć się mówić po angielsku, bo o to w tym angielskim chodzi. Nie o czytanie. Kiedy się widzi, że cel da się osiągnąć i osiąga się go, to w ślad za tym nie idzie nagroda z tego celu płynąca. Najważniejsze, że budzi się wiara, że można...Można...

Mała zapowiedź:
Dzięki uprzejmości GWP otrzymałam naprawdę świetną książkę na konkurs facebookowy :)
Szczegóły wkrótce :)

piątek, 23 października 2015

Nie było kółka

Bartek chodzi na kółko z fizyki. Zapisał się również na kółko chemiczne. Wczoraj poszedł do szkoły i dzień zaczynał od kółka z fizyki. Ale pani siedziała w klasie. To znaczy, że się zmieniło- nie przyszła jak zawsze. Bartek nie zapukał, kółko się nie odbyło. Takie małe skuchy.


Takie małe oszustwo

Jedzenie. Najpierw ziemniaki. Najlepiej z jogurtem. Potem mięso, kiedy już po ziemniakach na talerzu nie ma śladu. Na samym końcu może być ogórek. Gdy kasza- najpierw kasza, gdy makaron- najpierw makaron. Węglowodany mają pierwszeństwo. Żadne tam sosiki wymerdane z ziemniakami, makaronem czy kaszą. O ryżu nie mówimy, bo ryżu Bartek nie je.
Dzisiaj pomerdały się nam kasza z brązowym ryżem i wylądowały ostatecznie w jednej misce. Gdy przychodzi nam ochota na pełnoziarnisty ryż, to specjalnie dla Bartka gotujemy kaszę. Dzisiaj, na koniec szalonego tygodnia, kasza i ryż wylądowały w jednej misce. Taki tydzień, buty też mi się założyły do pracy dwa różne. Bywa.
Bartek wrócił ze szkoły głodny jak wilk. Coś mu podejrzana ta kasza. Nasze szczęście, że ryż pełnoziarnisty, przypomina kaszę. Ale nie... Pełna analiza, co z tą kaszą jest nie tak, nie zgadzają się wymiary ziarenek. Trzymamy fason, bo przecież nie będziemy na tym etapie oddzielać ziaren. Na szczęście dla nas dzisiaj Bartek nie jadł z nami, bo wrócił najpóźniej. Siedzi na swoim miejscu, bo miejsca nie zmieni, choćby nie wiem co, co oznacza, że tyłem do pijących-kawę-rodziców. Analizuje, analizuje, analizuje. Dziwne te ziarenka, różne wielkości, jakby ryż, ale jednak nie ryż. Zjedz, po prostu kasza. Kasze takie są a kasze lubisz. Je... No nie! Coś w smaku nie gra! Z trudem dajemy radę utrzymać klasę. w końcu, uff, ogłasza "może być".
Pulpety w sosie. Zostawiłam, jako ostatnia w domu, 2 marne pulpety. Pulpety, których nigdy Bartek nie je, ale nie tracimy nadziei. Zostawiłam dwa, bo może spróbuje w końcu. Zachęcam. Ku naszemu zdziwieniu Bartek zjada pulpety bulwersując się, że jak coś jest pyszne, to jest tego mało...Specjalnie dla Bartka pokrojona cebula na milimetry.
Bartek je, je i je... a następnie wylewa sos na talerz a następnie dorzuca kaszo-ryż.

Pulpety w wykonaniu Męża, zapiekane w piekarniku, dodane do listy potraw akceptowanych przez Bartka.




niedziela, 18 października 2015

Biznes, konie czy kuce

Niedziela, spokój, cisza. Czytanie zaległych maili, librusów, ale generalnie relaks.Szykujemy się do partyjki Osadników. Oglądamy absurdy drogowe i takie tam rodzinne zajęcia :)

Wkładam do szafy nową koszulę Bartka. Wypasiona, bawełniana, miodzio. Generalnie w koszulach chodzi, gdy mu się przypomni. Najlepiej też, żeby koszula miała kaptur ;)
- Patrz, jaką świetną koszulę Tobie kupiłam.
- O, wygląda jak organiczna,jakby zapomnieli dodać barwnika.
- No, ale to wiesz niezłej klasy koszula, nie taka z niższej półki.
- O, nie dodać barwnika, zaoszczędzić i jeszcze sprzedawać drożej. Świetny biznes!

Tak, można z Bartkiem sobie pogadać.

Przyszła oferta z PZU na ubezpieczenie mieszkania. W jednym z wariantów dodatkowa opcja ubezpieczenia w razie szkód powstałych z tytułu posiadania lub używania koni.

- Możesz dopytać czy chodzi o konie czy o kuce też? - dopytuje się Bartek.
- No właśnie, potem by było, że jednak kuc a nie koń.
- No właśnie!

Byłby świetnym prawnikiem, co nie???


.


środa, 14 października 2015

Tyle, tyle, tyle

Tak szybko leci czas. Ledwo zaczął się rok szkolny a już mamy połowę października. Sypią się oceny, z fizyki, geografii, chemii, matematyki bardzo dobre i dobre a z polskiego słabe, słabiuteńkie. Język ojczysty nie jest mocną stroną Bartka. Myślałam, że kiedy dojdzie do rozbioru zdań będzie to dla Bartka logiczne, że ten rozsypany worek części mowy nagle się ułoży w logiczny zbiór. Ale nie... Za to Bartek na każdym kroku podkreśla, jaki logiczny jest angielski. Język, który dla mnie wydaje mi się chaotyczny, bez reguł.Co innego niemiecki, francuski...
W domu Bartek programuje w języku C ze znaczkiem, który aktualnie mi się nie wyświetla, więc kiedy mowa o językach, Bartek wymienia go na równi z polskim i angielskim, kiedy mówię, że teraz znajomość dwóch języków obcych, to minimum przy szukaniu pracy :) Robi coś a la stary Prince, wpisuje jakieś komendy. Ostatnio zaprosił mnie do pogadania z komputerem, do popisania sobie z komputerem.  Na zasadzie komp mnie pyta, jaki kolor lubię a ja wpisuję czerwony. Bach, wszystko na czerwono. Jak masz na imię? Odpowiadam, że Stella, więc ciągnie dalej a odpowiadam, że Kuba, to " z Tobą nie rozmawiam".
Informacje ze szkoły cieszą. Że używa Bartek argumentów, że funkcjonuje świetnie, że odnajduje się nawet wtedy, gdy ma zajęcia w łączonych klasach.
Ja... skupiłam się trochę na osiąganiu własnych celów. Doszłam do wniosku, że zanim podejmę się pomocy innym, muszę pomóc sobie na wielu różnych płaszczyznach, wyjść z marazmu.  Dlatego też mniej piszę, mniej mówię, odhaczam cele z listy sporządzonej w styczniu . Jakbym się bała, że życie mi ucieka na pisaniu i siedzeniu w sieci zamiast na życiu, na gadaniu o tym, co by się chciało osiągnąć zamiast na robieniu tego właśnie. Wiem, że z czasem przyjdzie wypośrodkowanie i będę umiała sobie wszystko poukładać bez szkody dla mojego rozwoju, celów w innych dziedzinach niż pisanie i bez szkody również dla samego bloga. Słyszałam, że prawdziwi blogerzy planują publikacje postów i w kalendarz wpisują tematy postów i główne wątki. Czy umiałabym tak - nie wiem. To trochę jakbym nie była ja. Ale może warto to przemyśleć i przejść od takiego blogowania na wyższy level ;)
 Wiem, że niektórzy czytali bloga dla scenek, bo one ilustrują to, o czym mowa, bardziej niż morze słów. Nie wiem, czy takie notki będą się jeszcze zdarzały, po prostu nie wiem.  Chciałabym znów pisać o takich scenach z życia. Wracam do takich scen, do tych na tym blogu czy innym, tym sprzed diagnozy.  Teraz, tak przyzwyczajona do tych zapisywania scen obrazujących dosłowność, brak teorii umysłu, przestaję je zauważać w życiu. Jakby to było powietrze. Jest, nie zauważa się, że się oddycha.  A może tak to już jest, że koncentrując się na czymś siłą rzeczy coś się pomija?







sobota, 19 września 2015

Tyle komplementów!

Wracam do domu. Godzina 22.30. Chłopcy oglądają film z Rutgerem Hauerem. Rutger wygląda nędznie.

- Ma chyba 40 lat - mówi B.

- Eee. Ja bym mu dał 36 - wyrokuje K.

- Cooooo? Ja też tak nędznie wyglądam?????- w końcu mam lat 41.

- Nie. Ty w ogóle nie wyglądasz na swój wiek.

A za chwilę...

- Widzisz jak Cię komplementuję?I nic nie mówisz?

Nie mówię, bo mnie ... zatkało. 

I znów po chwili ...Bartek robi projekt. Jakąś grę a la Mario.

- Nie mogę przejść między mapami. Może masz jakiś pomysł?

- Synu, ja nawet nie rozumiem słów jak mówisz o grze...Chyba nie jestem odpowiednią osobą do konsultacji...

- Ale zawsze masz jakiś pomysł!Albo Twój pomysł na coś naprowadza! 

Tyle komplementów!

Ostatnio kłóciliśmy się przy rozwiązywaniu zadania,do którego B. mnie zawołał w celu uzgodnienia czy pierwiastkuje się obustronnie czy nie. Robiliśmy jedno zadanie zaciekawieni swoimi koncepcjami, ja zmagałam się ze swoją pamięcią.  Robiliśmy osobno, by ostatecznie udawadniać sobie swoje racje.  Sprzeczki niemalże naukowe zdarzają się nam często, z matematyki nie dostaję  propozycji dokształcenia się ani propozycji kończenia szkoły raz jeszcze ;) Czasem można ze mną pogadać, bo coś tam mi świta. Dlatego B. mnie woła...lubi słyszeć moje odmienne zdanie, by sobie głośno pomyśleć. Jest kłótliwie. Jest wesoło. Zawsze wychodziłam z tej potyczki ofochana, bo po co mnie woła, żeby potem wszystko, co mówię podważać? A jednak  B. tego potrzebuje.

Więc fochać się przestanę ;)

Słowo klucz: kreatywność :)

wtorek, 1 września 2015

Gaszenie światła i rok szkolny

Wysłałam dzieci na rozpoczęcie roku szkolnego.
Wrócił Kuba, ogarnęliśmy parę spraw i ... nie zgasiłam światła w łazience. AGAIN!
Taki pech, że zgasiłam wczoraj Bartkowi światło w toalecie, kiedy z niej korzystał.

Wraca Bartek.

- Jak tam powitanie roku szkolnego?

- No wolałbym, żeby się nie zaczął. Jest tata?

- Nie, jest w pracy.

- To mogłabyś gasić po sobie światło a nie tylko po mnie, kiedy go potrzebuję?

NOWY ROK SZKOLNY CZAS ZACZĄĆ.

Nie dowiem się od Bartka, czy rozmawiał z młodzieżą na temat wakacji. Przecież mi nie powie. Wątpię, czy przyszłoby mu do głowy zapytać kolegów i koleżanki jak je spędzili. Do rozmów dołączył się zapewne wtedy, kiedy został bezpośrednio zapytany.
Ach, to źle, że nie wiem jak B. funcjonuje wśród kolegów teraz. A może dobrze, że nie wiem?
Widzę tylko jak wśród rodziny, naszych przyjaciół i kolegów potrafi zagadać na tematy, które go interesują lub na który temat ma swoje zdanie. Nie wiem jednak czy tematy młodzieży są dla Bartka interesujące na tyle, by wtrącić się do rozmowy. Zakładam, że jest gdzieś na obrzeżach grupy, co widać niemal na każdym klasowym zdjęciu. To jego do zdjęcia przyciągają, jest gdzieś z boku, ale go jakiś kolega ramieniem zagarnia... A na Bartka twarzy uśmiech.
 Jakie to nieszczęście, że rok szkolny się zaczął i będzie Bartek mówił o nieszczęściu z tego płynącym jako dowód posiadając jedynie foty siebie wśród młodzieży, uśmiechniętego oczywiście podczas gry na boisku. Dramat panie, dramat.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Bez celu

Bartek bez celu nie lubi jeździć na rowerze. Nie lubi nawet działki, jeśli nie może kopać dołów :) Wyjazd nad wodę- cóż za bezsens (ale jednocześnie uśmiech nie schodzi z twarzy, gdy skacze z pomostu).
Gdy Bartek  ma cel, to co innego. Przejażdżki na rowerze dla samego faktu jeżdżenia - marnotrawstwo cennego czasu, który mógłby spędzić przed komputerem lub telefonem.
 Jako rodzice wiemy, kiedy Bartek doznaje FLOW, więc przemycamy w zasadach różne takie, które odciągną go (i Kubę oczywiście) od mediów. Pod tym względem jesteśmy nieco apodyktyczni ;) Nie zawsze przecież są naukowe festiwale i wycieczki do centrum nauki. Zatem przemycamy różne "zasady".
Na przykład bywały zawsze przez wakacje godziny czytelnicze. Teraz godzin nie było, ale za to wieczorem chłopcy odkładali telefony i czytali. Efekt taki, że Kuba szybciej zasypiał a Bartek czytał do naprawdę późnych godzin nocnych. I jakoś mówiąc potem, że czytanie to strata czasu, potrafi przybiegać z uśmiechem dzieląc się na przykład tym, jakie różnice są między książką a filmem. A że mowa ciała więcej mówi niż gadanie, wierzę, że naprawdę Bartek czytając jest szczęśliwy ;)
Wczoraj na działce - nuda. Skończyło się rozpalanie grilla, wredna matka nie pozwala nadmiernie dokuczać bratu. NUDA. Jeszcze nie padły słowa o tym, że bezsens i chyba by nie padły. Niezadowolenie z bycia na działce, mogłoby skutkować sprzedażą działki a Bartek tego nie chce. Na koszenie zła pogoda, chociaż Bartek lubi naszą oldschoolową ręczną kosiarkę :). Uschniętej trawy kosić się nie da.
Mówię do syna- to zrób coś pożytecznego - ławka się rozwala. Zrób nową. I nastolat zorganizował gwoździe i ławkę zrobił. Jako tako.

Jak to jest, że to dziecko nie wie, kiedy jest najszczęśliwsze, co po nim widać a jednocześnie z takim uporem broni się przed tym szczęściem i wygłasza różne takie poglądy, że wszystko, co nie jest czasem przed komputerem jest absolutnie do bani?

Kuba jakoś nie wygłasza takich poglądów, potrafi iśc na rower, kosza. A Bartek jakoś tak dziwnie nie potrafi zauważyć, że jest szczęśliwy również nie będąc przed kompem.

Może ja jakoś dziwnie to postrzegam?

Interesowaliście się kiedyś FLOW? Jeśli nie, to polecam doczytać :)

czwartek, 27 sierpnia 2015

Mieć własne zdanie i ...tosty

Zaskakuje mnie to jak sprawy się toczą.Kiedyś robiłam tosty Bartkowi czy Kubie i to była jedyna znana chłopakom wersja tostów. A teraz oni, od jakiegoś czasu przecież bardzo samodzielni, mają własne zdanie co do tostów. Eksperymentowali aż doszli do swoich ulubionych i właśnie dzisiaj, kiedy zapytałam czy komuś zrobić tosta, Bartek odpowiedział, że z chęcią, ale od razu przekazał instrukcje. Co i jak, nie inaczej, bo to nie będzie TO.

O kawie zdaje się już pisałam. Ma być konkretnie tak i tak. Inna to nie to samo. Jeśli kawę robię ja- dostaję cenne wskazówki. Mamy małe dziecko i nagle oto dostrzegam człowieka, który ma swoje zdanie na wiele tematów, własny sposób przyrządzania kawy i tostów. Wszystko w normie rozwojowej, ale jak to zaskakuje :)

Czytam właśnie kolejną książkę o tematyce wojennej. Przeżywam strasznie i nie przestaję opowiadać. Jak to możliwe, że za Hitlerem tak poszli. A Bartek wyjeżdża z Napoleonem...

Toczymy boje o termomodernizację, niektórzy sąsiedzi są oporni. Bartek wygłasza swoje poglądy, że przecież chodzi o zysk...

Pyta się dzisiaj syn o podręczniki i stwierdza, że wreszcie się zacznie, bo nauczyciele mówili, że pierwsza klasa to najnudniejsza. I tutaj B. tłumaczy o powtórkach i wyraża nadzieję, że będą eksperymenty.

Dziś z półki na starówce przyniosłam "Bajki robotów' i rozmowa schodzi na to, co wydawało się fantazją a jest teraz rzeczywistością. Mówimy o łodziach podwodnych a B. mówi o Grekach, którzy już wcześniej..., ale nie wiedzieli jak.... Wiecie, własne zdanie. Własne smaki i umiejętność przyrządzania. Jak to czasem zaskakuje. Chociaż mnie, matkę dziecka z ZA, zaskakiwać nie powinno. Jest w tym, coś doroślackiego...

Tak...




poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Norma?

Nie ma zbyt wielu festiwali naukowych w okolicy. Zatem Bartek się nudzi. Nudzi, znaczy gra na kompie. Gdzie ten Bartek, który eksperymentował, jeździł na deskorolce, rowerze, itp.? Nastolat w domu, toczą się między nami złośliwości-kąśliwości. Nie obywa się bez wymieniania syndromów uzależnienia. Śmieszne to nie jest.
Martwiłabym się bardziej, gdyby nie to, że Bartkowi nadal chce się wstać w sobotę rano, by gnać na zbiórkę albo siedzieć na starówce, gdy jest coś naukowego. Z trudem daje się wyciągnąć na rower, na działkę, nad wodę. Ale... Ale bywa, że wychodzi z nami na imprezy doroślackie i na tych doroślackich imrezach z nami, dorosłymi, gra.

Nie jest chyba tak źle? Chyba to taka norma?

Ile się człowiek nasłucha

Dziecko nasze jest zgryźliwe. Nie wiem, czy aspergerowo czy nie, ale przypomina takiego potwornego zgreda. Takiego... tetryka. Wydaje się, że tylko on jest cały NAJ. No po prostu jest "na biało". Nie sposób wymigać się od jego oskarżeń, bo podaje fakty "nie zgasiłaś światła", ale już jest do tego taka "klamra" jakby. Zaczyna się "jeny", "znów", "no znowu". Potem jest fakt a potem gderanie. Mała niedoskonałość to po prostu przestępstwo.

 Może też być jeszcze gorzej. Na przykład, gdy Kuba zapomni czegokolwiek a ja zrobiłam dokładnie to samo wcześniej, pojawia się zgryźliwość typu "ha, a jednak zapominanie o XXXX  jest dziedziczne!". Kto tak wkłada talerze? A może my byliśmy tacy doskonali, wychowaliśmy takiego Pana Doskonałego i nam się nagle znudziło i staliśmy się niedoskonali a on jeden został NAJ? No bo jak to wytłumaczyć?

Nie, o swoich niedoskonałościach nie pamięta. Jemu się nigdy nie zdarza! Ba, kiedy wieczorem pytam "umyłeś zęby?", to jest "jeny, zawsze!". Jakby takie nieszczęście jak MATKA i WYCHOWANIE zdarzyły się naprawdę tylko jemu, jemu najcudowniejszemu Bartusiowi. No i ktoś zawsze coś od niego chce. Wielkie zdziwienie, że matka chce, by poszedł kupić wodę albo wyrzucił śmieci. Nie, nie zrozumcie źle, on to wszystko robi, ale z jakiś oporem, z gadaniem takim, że jeny...

JENY!


czwartek, 30 lipca 2015

Co dla nas?

Ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie pisałam już bardzo długo. Nie, nie, nic się nie stało, Zespół Aspergera codziennie daje nam znać, że jest i że nic się nie zmieniło.

Po prostu toczy się życie. Tak zwyczajnie. W domu panuje względny spokój. Od kilku miesięcy Mąż jest na zwolnieniu lekarskim, więc nawet żyjemy na mniejszych obrotach. Jest jak ugotować na spokojnie obiad, bo obiad ugotować Mąż może. I pralkę puścić też.

Kubuś zaliczył dwa obozy a Bartek siedzi w domu. Nie mamy dziadków na wsi ani możliwości, by Bartek gdzieś pojechał. Nie w tej chwili, nie w tym trudnym dla nas czasie. Wciąż ważą się losy.

Najbardziej mi przykro, że Bartek nie pojechał na obóz harcerski. Taki rodzaj spędzania czasu bawi go. Zawsze jest coś do zbudowania,coś do rozgryzienia, ślady czarnych stóp... Wiecie... Przykre, nieludzkie, niesprawiedliwe, okrutne. Po raz kolejny pod przykrywką, że nie ma Bartkowej grupy, ale tak naprawdę wiemy jak jest. Ostatecznie na obozie znajduje się kolega z zastępu. Pytanie, dlaczego Bartek nie rozpacza? Dlaczego do cholery jasnej przyjmuje świat tak okrutny bez złości? Wzrusza ramionami? Przecież, do licha ciężkiego, wiem jak uwielbia harcerstwo!Nie chcę chyba o tym więcej pisać, nie chcę mówić. Za to wrzucę linka, bo to jest dokładnie to, co chciałabym zrobić i czego nie zrobię z uwagi na inne okoliczności. Bo Bartek lubi sobotnie zbiórki. Boli to, że organizacja, do której należy B. jest chrześcijańska. Tak, właśnie. Muszę zrozumieć, że nikt nie chce brać odpowiedzialności za niego, ale , wkurw mnie trzyma. Trzyma!

Spędzamy czas egoistycznie. Pozwalając utknąć Bartkowi w grach. Czasem gramy w pokera, czasem w Osadników. Zbyt rzadko jeździmy na rowerze.Zbyt rzadko jesteśmy nad wodą.

Lubię lato na starówce. Piwo na starówce, koncerty na starówce. Czytanie na ławce. Wczoraj po zumbie poszlam nad staw i patrzyłam na kaczki. Cisza.

Jestem w swoim macierzyństwie bardzo egoistyczna. Chociaż uważam, że najwięcej dobra można zrobić w domu,w domu jestem jednak egoistką.W pewnym sensie tak właśnie realizuję program Jestem mamą, nie rehabilitantką. Jestem tatą, nie terapeutą . Cenię czas w rodzinie, wtedy jest on naprawdę rozwijający, terapeutyczny. Ale potrzebuję być sama,  mieć czas dla siebie. Na co? Bywa że na facebooka i czytanie popularni.pl. Na poszukiwanie piosenek, które zasłyszałam i nie zdążyłam namierzyć shazzą. Na wywalanie gratów z chaty zgodnie z duchem minimalizmu. Na "Drogę artysty" i "Magię sprzątania". Prowadzenie dziennika, odbywanie artystycznych randek i zumbę trzy razy w tygodniu. Ważenie się kilka razy dziennie, czy aby drgnęło coś... Więc wygląda na to jakbym słaba była w tym macierzyństwie. Czy to źle, że potrzebuję wypić kawę na mieście sama? Że tak lubię? Jechać na zumbę a potem patrzeć na kaczki? Nie wiem, ale byłabym chyba straszną zołzą, gdybym nie mogła sobie pobyć sama ze sobą. Tak lubię.

Ostatnio pojechaliśmy z M. na rolki. Bez dzieci. Ja dopiero się uczę.

Żeby przetrwać, musimy być trochę zachłanni. Musimy mieć swój czas.